To nie takie proste

Wczoraj w pracy jedna z babek podała ostrzałkę do noży koledze, a ja dla żartu rzuciłam, że myślałam, że podaje mu czekoladowy baton. Kolega okazał się bystrym obserwatorem i stwierdził, że wygląda na to, że mam obsesję na punkcie jedzenia.

Chyba nie trzeba długo czekać aż cała prawda wyjdzie na wierzch. Część osób już wie, że staram się jeść zdrowo (jako jedna z nielicznych gotuję w domu posiłki i nie jem w KFC). Niektórzy już wiedzą, że jestem weganką, a co bystrzejsi wywnioskowali, że mam osobowość kompulsywno-obsesyjną (oczywiście w żartach, nigdy nie byłam zdiagnozowana).

Życie weganina wydaje się taaakie różowe i płynące mlekiem sojowym i syropem klonowym, że nie trudno ulec iluzji, że można codziennie jeść tonę wegańskich deserów i jeszcze schudnąć, bo brak mleka i zamiana mąki białej na pełnoziarnistą w magiczny powoduje stopienie tłuszczu na udach i brzuchu. Sama dałam się na to nabrać i...chyba dalej w głębi duszy na to liczę.

Za tydzień minie miesiąc odkąd wróciłam na łono diety roślinnej. Nie ważyłam się, ani nie mierzyłam, ale mam wrażenie, że dalej ważę 80 kilogramów i obawiam się, że kiedy wejdę na wagę ulegnę impulsowi najedzenia się mówiąc sobie, że nic na mnie nie działa, więc po co się w ogóle starać. Tak naprawdę nie powinnam czuć, że sobie wszystkiego odmawiam. Jem często smaczne posiłki, w tym przepyszne desery. Nie chodzę całymi dniami głodna, a po policzeniu kalorii okazuje się, że jem około 2 tys., co było dla mnie wielkim szokiem, no, ale marchewka też ma swoje kalorie. W każdym razie najbardziej mnie męczy nie sama dieta, ale moja obsesja i niecierpliwość. Myślę, że to ważne odkrycie, bo być może rozpoznałam swojego prawdziwego wroga zdrowego stylu życia.

Ciągle myślę na temat diety, tego co jem, co zaraz zjem, albo co zjadłam analizując przy tym co poszło nie tak. Poza tym patrzę na siebie w lustrze i mam wrażenie, że moje wałki i okrągłości są coraz większe i większe. Co jakiś czas odmawiam sobie jedzenia kiedy czuję lekki głód, albo mam wyrzuty sumienia kiedy jednak ulegnę. Swój wolny czas poświęcam na czytaniu o diecie roślinnej. W dosłownie międzyczasie planuję przyszłość swojej kariery, oglądam filmy i seriale nie związane z dietą i odchudzaniem i coraz rzadziej spędzam czas na innych ciekawych i rozwijających rzeczach. Nie chcę tak żyć. Ponoć wyjściem z tej sytuacji jest uczynienie zdrowego stylu życia nawykiem. To może być moja jedyna szansa na poprawę jakości życia.

Poradniki i doktor google mówią o różnym czasie rozwijania i utrwalania nawyku - między 21 a 66 dni. Po przemyśleniu, wolałabym nie ustalać terminu, bo czekałabym na koniec diety z tortem w nagrodę, haha. Moim największym błędem jak do tej pory jest podjadanie między posiłkami, albo jedzenie spoza planu. Myślę, że pomocnym u mnie byłoby najpierw utrwalenie nawyku jedzenia według planu. Potem mogłabym bardziej zająć się bardziej szczegółowo dietą i odchudzaniem. Mam nadzieję, że moja obsesja przez to się nie wzmocni...

2 komentarze:

  1. Budowanie nawyków to nie tylko klucz do zdrowszego żywienia, ale dosłownie każdej dziedziny życia (praca, nauka, samorozwój, nałogi) ;) Polecam i życzę wytrwałości!

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawda, chociaż niektóre nawyki dużo łatwiej mi przychodzą niż te związane z dietą (nawet sport szybciej wchodzi mi w krew :P)

    OdpowiedzUsuń

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...