Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj. Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym trafił w mój gust. Dziś wysłuchałam jednego z jego wywiadów, po którym znowu mnie oświeciło, że aż postanowiłam podzielić się tym z wami.

Lisle otrzymał od pewnej pani pytanie: co ona ma zrobić, żeby przestać jeść emocjonalnie. Otóż pani ta jest na diecie roślinnej, ale martwi ją objadanie się warzywami skrobiowymi (np. ziemniaki, zboża) kiedy czuje silniejsze napięcie spowodowane stresującą pracą. Uważa ona, że przez to przejada się, co może spowodować jakieś problemy zdrowotne.


Doktor najpierw stwierdził, że nie wiadomo, czy ona naprawdę się objada, czy tylko tak jej się wydaje. Otóż prawdopodobnie lekkie uczucie głodu powoduje u niej lekkie napięcie, którym nie ma siły sprostać i którym łagodzi skrobią - satysfakcjonującym, pysznym i zdrowym jedzeniem. Ponieważ pani nie objada się słodyczami, żywnością przetworzoną itp., nie ma obawy, że w ciągu całego dnia zje więcej niż potrzebuje, bo po skrobi będzie dłużej najedzona i w efekcie kolejny posiłek zje później lub w ogóle go pominie.

Dokładnie to samo zdarzyło mi się wczoraj i dziś. Dwie godziny po obiedzie poczułam się lekko głodna. Zrobiłam lody bananowe (mrożone banany, kakao i fasola), po których byłam maksymalnie usatysfakcjonowana w pozytywnym znaczeniu. Momentalnie poczułam zastrzyk energii, co byłoby niemożliwe po zjedzeniu normalnych, mlecznych lodów z toną cukru. Nie dodałam suszonych owoców ani masła orzechowego, dzięki czemu nie musiałam zbytnio martwić się kaloriami, chociaż miałam wyrzuty sumienia, że zjadłam kolejny posiłek tylko dwie godziny po obiedzie.


Nic to - pomyślałam - pewnie kolację zjem mniejszą - i przestałam się tym więcej przejmować. Co najlepsze kolację w ogóle pominęłam, przy czym nie musiałam ze sobą walczyć - po prostu nie miałam na nią ochotę.

Bywają dni, kiedy obiad mnie nie satysfakcjonuje, nawet pół godziny po posiłku, czasie w którym powinny do mnie dotrzeć wszystkie sygnały sytości. Zazwyczaj mam wyrzuty sumienia sięgając po coś jeszcze, bo naczytałam się, że najlepiej unikać podjadania między posiłkami, ale myślę, że czasem lepiej jest coś zjeść i mieć spokój, niż walczyć ze sobą przez kolejne 3-4 godziny czekając z owsikami w tyłku na odpowiednią porę.

Jest tylko jedno ale. Przekąska nie może zawierać żywności "gęstej kalorycznie", głównie wysokotłuszczowej, czyli jakichkolwiek, nawet najzdrowszych na świecie orzechów, awokado, tofu itp. Ponadto zero suszonych owoców.

Nie mogę jeszcze powiedzieć, że niskotłuszczowa wersja diety roślinnej daje jakiekolwiek rezultaty, ale czuję się lżejsza. Chcę za wszelką cenę chcę uniknąć codziennego liczenia kalorii dlatego mam ogromną nadzieję, że wystarczy, że ograniczę orzechy i owoce suszone.




Co nowego w nowym roku?

Uff...też uległam szaleństwu noworocznych postanowień. Miałam bardziej przyłożyć się do diety, jeść mniej orzechów i owoców suszonych (ok, to postanowienie już było) no i oczywiście zmniejszyć porcje posiłków. Efekt był taki, że w święta trochę poszalałam, zwłaszcza z pełnoziarnistym keksem, bo potem dieta.

Po świętach przyszło opamiętanie. Zmniejszyłam porcje i przestałam podjadać owoce suszone i orzechy (głównie dlatego, że skończyły mi się zapasy), ale dalej nie uważałam, że jestem chodzącym wegańskim ideałem. Porcje podane w przepisach przypominały wytyczne na paczkach ciastek, gdzie porcja to dwa małe ciastka. Początkowo wydawały mi się głodowe i nieludzkie. Potem dotarło do mnie, że sygnał najedzenia dochodzi dużo później niż bym chciała i po jakimś czasie czuję odpowiednią sytość, a nie - jak do tej pory - przejedzenie. Może nawet te porcje są odpowiednie dla mnie? 


Oczywiście żeby oszukać oczy, obok smętnej kupki ryżu ładowałam furę surówki. Moim nowym postanowieniem było również jedzenie na "tylko" jednym talerzu. Do tej pory surówka u mnie to była osobna wielka miska, teraz jednak staram się w swoich oczach wyglądać jak normalny człowiek, trochę na wzór kobiet przedstawianych w telewizji, gdzie piękne i szczupłe aktorki jedzą jedną średnią kupkę makaronu z sosem pomidorowym a nie wielką kopę spaghetti wysypującego się z talerza.

Nowa zasada została zachwiana dokładnie 1 stycznia, kiedy - o dziwo - miałam chyba kaca po małej lampce wina i butelce cydru. Moje zapasy silnej woli mocno zostały uszczuplone i cały dzień korciło mnie żeby coś podjeść. W końcu uległam pokusie i najadłam się pumperniklem z tahini (jedyne wegańskie masło jakie mi zostało) i dżemem. Pomyślałam, że może po prostu byłam głodna, za mało kalorii, ciało potrzebuje itd., ale nie sądzę żeby ciało potrzebowało aż tyle jedzenia na raz. No nic, stało się.

Dnia następnego było tylko gorzej. Ryż basmati z kurczakiem, który przygotowałam mężowi nagle wydawało się czymś niesamowicie apetycznym, więc tłumacząc sobie, że może moje ciało chce i potrzebuje mięsa, uległam pokusie...


Kolejne myśli poleciały jak lawina. No, skoro zjadłam mięso to i mogę iść dalej, tak długo przecież nie miałam wpadki ze słodyczami, mogę sobie pozwolić, a od jutra sznuruję buzię i nie jem niczego spoza planu. I tak przez cały dzień. Kiedy już prawie zbierałam się do sklepu żeby kupić coś na ucztę, zatrzymała mnie jedna myśl. Nie mogę się najeść, bo przecież za dwie godziny idę biegać i nie zdąży mi się to wszystko strawić. 

Uratowało mnie bieganie. 

Zmień otoczenie

Dziś Wigilia. Gdybym była w Polsce pewnie od tygodnia, albo dwóch byłabym najedzona po korek, bo przecież święta idą więc i tak się najem. Poza tym zaczynam dietę od nowego roku ;). Po drodze jeszcze mam urodziny, więc przez niemal 30 lat w samym grudniu tyłam z 5 kilogramów minimum, przez co w efekcie dorobiłam się 119 kilogramów wagi.

To moje drugie święta w Australii. W tym roku przygotowałam barszcz czerwony, pełnoziarniste uszka i kapustę z grochem (coś mega Polskiego i w miarę zdrowego, jeśli pominie się masło). Mój mąż nie obchodzi świąt (w sensie jego obchodzenie dotąd było barbecue i piwo...) więc jemu to obojętne. Nie mamy stołu uginającego się pod dwunastoma sutymi potrawami. Nawet nie umyłam okien, a dom sprzątam tak jak zawsze. Przed kolacją zresztą planuję pobiegać.

Myślę, że to dlatego udało mi się utrzymać "tylko" nadwagę. Mimo wielu wpadek, zawsze wracam do swojej rutyny i dietetycznego jedzenia, bo zupełnie zmieniłam otoczenie. Ważność tego podkreśla wspominiany we wcześniejszym poście doktor Lisle, który radzi radykalne podejście do swojego zdrowia, co ma też sens, bo jak to nasze matki i babki mawiają: zdrowie ma się jedno. Lisle mówi o oczyszczeniu domu ze wszystkich śmieci, a jeśli ma się w domu opychających się słodyczami domowników: powiedzieć im, żeby jedli je poza domem i nie trzymali niczego w domu. Mówi on nawet o zmianie pracy, jeśli pracujesz ze zdeterminowanymi rozdawaczami pączków.

Chef AJ (znana amerykańska szefowa kuchni, promotorka niskotłuszczowej diety roślinnej) mówi nawet, że zna tylko jedną osobę, której udało się utrzymać dietę mimo toksycznego otoczenia. Reszta prędzej czy później ulegnie pokusie, bo nie można ciągle polegać na samokontroli.

U mnie w domu na szczęście mąż nie je słodyczy, a jeśli już to sam je przygotuje i zaraz zje. Czasem mu kupię precle, za którymi i tak nie przepadam. Moim chyba "oczyszczaniem" środowiska będzie pozbycie się zapasów orzechów i suszonych owoców. Właśnie piekę owocowe ciasto, na które zeszła spora część zapasów rodzynek i daktyl. Problem powoli znika. Zobaczymy czy to pomoże.

Jesteśmy tylko ludźmi

Wciąż czuję się doskonale co objawia się u mnie zwiększoną energią, także po posiłku. Dalej nie ciągnie mnie do sklepowych słodyczy, a kiedy mam ochotę na coś słodkiego jem owoce (w tym suszone), albo robię roślinny deser (np. wczoraj na kolację zjadłam ciecierzycowe ciastka, takie sobie w sumie, mało słodkie, chyba potrzebuję więcej czasu by odzwyczaić się od cukru).

Cały czas martwi mnie, że jem dużo za duże porcje i generalnie za dużo kalorii, głównie pewnie przez orzechy i owoce suszone, które wciąż podjadam. Żeby uspokoić głowę, która błaga o wielką ilość żarcia, robię sobie ogromne surówki, które żuję jak krowa na pastwisku przez pół godziny. Co śmieszne, na samą myśl o wielkim obiedzie czuję ekscytację. Uwielbiam surówki, serio.

Najważniejsze żeby cały czas pamiętać, że to nie dieta, tylko styl życia i nie wyścig tylko maraton. Do tego wniosku naprowadził mnie między innymi dr Doug Lisle - autor książki The Pleasure Trap (w tłumaczeniu Pułapka Przyjemności, chyba niedostępna w wersji polskojęzycznej). Wyjaśnia tam jakie czyhają na nas pułapki zdrowego jedzenia, co tak naprawdę rozwijało się już od czasów jaskiniowych. Książkę polecam, ale oprócz niej także śledzenie autora na Youtube. Podczas niedawnego wywiadu mówi żeby dążyć do doskonałości, co niekoniecznie oznacza bycie idealnym. Na pytanie, co zrobić po zjedzeniu czegoś niezdrowego powiedział, że nikt nie musi być perfekcyjny żeby czerpać korzyści zdrowotne z diety roślinnej. Wpadki są, były i będą. Oduczanie się nawyków to długotrwały i złożony proces, a wpadki lepiej traktować jako naukę niż porażkę.

To mnie trochę pocieszyło. Dalej mam też wrażenie, że puchnę, a brzuch mam nabrzmiały jakbym była w ciąży. Trenuję, biegam 5 razy w tygodniu, ale i tak pewnie jem więcej niż potrzebuję, zwłaszcza, że każdy mój posiłek to jedna wielka wigilijna uczta roślinna. Najgorsze jest to, że jem nie tylko ilościowo, ale też "kalorycznie". Przykładowo dziś na śniadanie miałam w planie pudding chia po którym nie byłam usatysfakcjonowana więc zjadłam tosta pełnoziarnistego z namoczonymi daktylami (zamiast masła orzechowego, hurra!). Po przeliczeniu w myślach kalorii doszłam do wniosku, że pudding chia miał po prostu mniej kalorii niż moje wcześniejsze śniadania stąd "miejsce w żołądku" na coś ekstra. Czy to znaczy, że tyle po prostu potrzebuję, czy tyle nauczyłam się jeść?

Żeby zmienić złe nawyki odżywiania (w tym podjadanie) doktor Lisle poleca rzucenie się na głębok wodę i zmianę wszystkiego na raz, bo bardzo często złe nawyki są ze sobą związane (jak palenie papierosów i picie kawy po przebudzeniu). Ja jednak odczuwam ogromny opór, może przez wciąż niezagojone rany po "idealnej" diecie Gacy. Boję się, że jak tylko wejdę na wagę i zacznę liczyć i ograniczać kalorie, objem się i będzie koniec diety, hurraaa dawać te pączki i czekoladki!! Z tego też powodu bliższe jest mi podejście Darren'a Hardy'ego, autora książki "Efekt Kumulacji", gdzie promuje on małe, niemal niezauważalne zmiany nawyków, które z czasem zaczną się kumulować i procentować, a najlepsze: z minimalnym z Twojej strony  poczuciem dyskomfortu.

Zgodnie z tą ideą, swój pierwszy miesiąc poświęciłam na wprowadzenie nowej diety, a drugi jest jej utrwaleniem i przyjrzeniem się na spokojnie swoim nawykom żywieniowym (stąd też coraz częściej jęczę, że jem za dużo). W trzecim miesiącu chcę oduczyć się podjadania orzechów i owoców suszonych, które mogą powodować moją nadwyżkę energii. Moim nowym pomysłem jest kupowanie wyznaczonej w przepisie ilości produktów i nie kupowanie "na zapas".

Tym razem będzie inaczej

Wszem i wobec ogłaszam (zwłaszcza mojemu mężowi, który oprócz bloga, jest jedynym słuchaczem moich jęków) że nie poddaję się.

Musiałam ze sobą poważnie i szczerze porozmawiać. Powiedziałam wewnętrznemu dziecku, że przecież lubię swoje jedzenie i nie zrobiłabym sobie przysługi zamieniając jednorazowo pysznych lodów bananowo-kakaowych na jakieś śmieciowe batony ze stacji benzynowej, czy mojego ostatnio ulubionego dyniowego chili z ciecieżycą na dmuchany chleb tostowy z margaryną i serem. Szczerze też przyznałam, że nie odmawiam sobię orzechów czy suszonych owoców, więc nie ma mowy o nie-wiadomo-jakich restrykcjach. BO ICH NIE MA. Jem obłędnie smaczne jedzenie (chyba, że mi nie wyjdzie), a odżywiając się w czasach kiedy byłam otyła, nawet nie gotowałam, tylko kupowałam sobie na kolację bułkę słodką, jakieś batony i kubełek lodów. Czy takie jedzenie jest serio lepsze od tego co jem teraz? Czy smakowało lepiej? I przede wszystkim: czy czułam się po tym lepiej niż teraz?

OK, może nie schudnę na tej diecie. Może musiałabym wrócić do diety Gaca, albo zrobić jakieś keto dziwactwo żeby schudnąć, co w tym momencie, z moim rozchwianiem, graniczyłoby z cudem. Mimo to, mam całą listę pozytywów po bagatela niecałych dwóch miesiącach diety roślinnej. Mam więcej energii, nie mam bólów menstruacyjnych, mam lepszą skórę na twarzy, mam wrażenie, że moje zmysły się wyostrzyły, no i przede wszystkim: lepiej o sobie myślę.

Skąd więc ten wielki brzuch? Po pierwsze oczywistość: jem za dużo nawet roślinnego jedzenia, co może się poprawić z czasem, jak tylko nasycę się tymi wszystkimi pysznościami. Mi nawet wielka surówka sprawia przyjemność i potrafię zjeść ogromną ilość warzyw, od których przecież się nie tyje, ale po szoku błonnikowym brzuch może nieźle wywalić. Od początku też jem baardzo dużo fasoli, co przecież wzdyma. Czytałam też, że niektórzy w pierwszych miesiącach tyją, albo ich waga stoi, bo organizm musi dostosować się do nowej diety. Ja od razu rzuciłam się na głęboką wodę i zamiast jeść na początku 1 łyżki fasoli dziennie, jem nawet równowartość puszki dziennie (rozłożone w 3 posiłkach, żeby nie było ;)).

Poza tym w Australii zaczęło się lato w pełni, temperatury dochodzą do +40 stopni, przez co może zatrzymywać się woda w organizmie.

Droga mała roślinożerczynio. Jesteś na dobrej drodze. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Zadbam o Ciebie. Będę Cię karmiła smacznymi, wyszukanymi daniami. Koniec z tanim, bezbarwnym żarciem. Postanowiłam, że będę kupowała orzechy i suszone owoce w ilości podanej w przepisie, dzięki czemu nie będę mogła ich bezmyślnie podjadać. W zamian będę kupowała najlepszej jakości produkty, nawet organiczne, a co tam, nie zbankrutuję od tego. Teraz wyobraź sobie to brownie z organicznym kakao i daktylami, a nie jakimiś smętnymi suchymi skwarkami kupowanymi na kilogramy w paczkach.

Tym razem będzie inaczej. Będzie dobrze. Rośliny zrobią swoje.

Mam kryzys

Nie ważę się ani nie mierzę, bo nie chcę się denerwować. Nikt mi jednak nie zabrania patrzenia w lustro. Od kilku dni spoglądam i zamieram. Skąd u mnie wziął się tak wielki brzuchol?! Dlaczego stanik tak mnie uciska? Czuję się jak balon, bałwan i wielka bezkształtna klucha w jednym.

Nie wiem, może jem za dużo, nie zależnie od tego czy jem słodycze, czy nie. Jem do satysfakcji, tylko roślinne jedzenie, a wygląda na to, że tyję mimo biegania i pracy fizycznej. Może faktycznie ze mną jest coś bardzo nie tak, mimo super wyników badań.

Sprawdzam cenę balonów żołądkowych. Może wtedy udałoby mi się raz na zawsze schudnąć bez problemu....

Wycinki z gazet

Kiedy pracuję na popołudniowe zmiany lub mam dzień wolny, mój dzień zaczyna się od pysznego śniadania (dziś batatowe brownie z sosem kakaowym...mało słodkie, ale sycące), potem poranna prasówka i fejsbuk przy herbatce bądź kawce zbożowej, a kiedy już nasycę się wiadomościami i jedzeniem zabieram się za sprzątanie, pranie, gotowanie i bieganie.

Na mój główny, oficjalny mail codziennie dostaję porcję newsletterów polskich i australijskich gazet, a na "spamowy" trafiają newslettery z wegańskich blogów, podcastów i kanałów youtube. Nie od dziś wiadomo, że każdy ma wirtualne filtry nałożone przez informatyczne korporacje dostosowane indywidualnie do naszych przekonań. Przekonania te są odkrywane przez śledzenie historii wyszukiwań, "klików" i "lajków". Dziś przykładowo na ścianę mojego fejsbuka, oprócz reklam ciuszków, klubów fitness, kursów dietetyki i "schudnij 10 kg w miesiąc" trafiła wiadomość, że po raz kolejny udowodniono, że dieta paleo zagraża zdrowiu serca i prowadzi do zawału. Oczywiście kliknęłam i przeczytałam utwierdzając się w przekonaniu, że dieta roślinna jest najlepsza na świecie.


Od czasów studiów nauczyłam się, że do informacji w internecie trzeba podchodzić bardzo ostrożnie, a do nagłówków brzmiących mniej więcej tak: "odkryła sekret szczupłej sylwetki, doktorzy jej nienawidzą" co najmniej z rezerwą. Mimo to, dalej łapię się na chwyty marketingowe i kupię cud pigułkę, która stopi ze mnie tłuszcz. Tak samo mam z kolejnymi wariacjami diety roślinnej. Dziś przykładowo przeczytałam o super diecie żony dr McDougall - słynnego amerykańskiego internisty propagującego dietę niskotłuszczową. Jego żona wymyśliła bardziej restrykcyjną odmianę jego diety składającej się tylko ze skrobii, warzyw i minimalnej ilości owoców.

Z punktu widzenia naszych przodków ma to sens. Jestem Polką, a moi Słowiańscy przodkowie zajadali się głównie ziemniakami harując ciężko w polu. Roślinni doktorzy pomijają jednak nasze mleko (w tym zsiadłe), boczek i smalec, które może i było tylko dodatkiem do diety, ale jakże ważnym! Podobnie sprawa ma się z dietą opartą tylko na ziemniakach i warzywach. Współcześnie otyłe osoby przechodzą na dietę ziemniaczaną mówiąc, że przecież Słowianie żyli w pełnym zdrowiu i sił witalnych jedząc ziemnioki z kapuchą. Czytając jednak książki historyczne dowiaduję się, że Polacy polewali z lubością wszystko tłuszczem zwierzęcym i posypywali skwarkami, a Ci którym gorzej się wiodło i którym zabrakło kawałka boczka byli po prostu...niedożywieni.


Podobnie jest z mieszkańcami tak zwanych stref niebieskich (blue zones), czyli obszarów, gdzie mieszkają ludzie żyjący najdłużej na świecie. Tych stulatków, oprócz picia od czasu do czasu wina i jedzących bardzo małych ilości - ale jednak! - mięsa, od doktorów roślinnych różni małe stresowanie się dietą. Wyobraźcie sobie ich zdziwienie, kiedy Dan Buettner, naukowiec National Geographic, zadawał im pytanie co jedzą na co dzień. W większości były to skrobia z fasolą i warzywami z oliwą z oliwek. Doktorzy weganie uważają, że oliwa z oliwek to przetworzone i mało wartościowe źródło tłuszczu, które warto wyeliminować z diety. Podobnie z winem, które jest trucizną. I weź tu człowieku bądź mądry.

Jesteśmy codziennie zasypywani informacjami, a im więcej tego czytasz tym bardziej informatyczne korporacje będą Cię nimi uszczęśliwiać. Jeśli masz podobny charakter co ja możesz skakać entuzjastycznie z jednej diety w drugą, a w efekcie kręcić się jak pies próbujący złapać swój ogon. Możesz też wybrać jednego boga-weganina i podążać za jego wytycznymi z zamkniętymi oczami bądź próbować sama ułożyć sobie dietę według różnych źródeł.


Ja wybrałam trzecią opcję. Po przeczytaniu artykułu o diecie żony McDougall, która opowiedziała o szczupłych i krewkich Polakach na diecie ziemniaczanej przypomniałam sobie o skwarkach i maślance, a także o tym, że po dwóch tygodniach diety niskotłuszczowej rzucam się na masło orzechowe jak zombi na mózg naukowca. Dr Fuhrman - mój główny bożek-weganin - uważa, że powinnam jeść o jakiś 1 tys. kalorii mniej niż jem, ale po tygodniu takiej diety mam napad głodu, więc wolę jeść aż do przyjemnego uczucia sytości i momentu, kiedy czuję przypływ energii i mogę dalej skakać i latać. Tę sytość czuję po zjedzeniu odpowiedniej ilości tłuszczu - głównie z orzechów. Mogłabym z tym walczyć i być wiernym pobożnym naśladowcą doktora Fuhrmanna, ale...moje ciało mówi co innego.

Podobnie ostrożnie podchodzę do swojego zdrowia psychicznego. Doktorzy weganie często pomijają ten aspekt zarzucając nas nakazami i zakazami w stylu: jedz codziennie grzyby i jagody, maksymalnie garść pestek oraz 1 miseczkę zbóż. Takie wytyczne nie służą mi. Wolę bardziej podejście intuicyjnego jedzenia i zasypywanie siebie nieprzetworzonym jedzeniem bezmięsnym, głównie dlatego, że po zjedzeniu mięsa boli mnie żołądek, a nie - bo bóg weganin tak chciał. Tak samo luźno podchodzę do swojego tygodniowego planowania posiłków. Przykładowo w zeszłym tygodniu odczuwałam większy pociąg do czegoś słodkiego i kalorycznego. W tym tygodniu więc postanowiłam ustalić, że na kolację zjem ciasto marchewkowe, ale kiedy przyszła pora do pieczenia, stwierdziłam, że bardziej mam ochotę na surówkę z lekkim sosem. Według niektórych guru powinnam trzymać się swojego planu choćby nie wiem co, ale chcę podążać za sygnałami swojego organizmu, bo odkryłam, że NAPRAWDĘ mój organizm nie chce jeść samych batonów, chipsów i lodów. Teraz na samą myśl o nutelli robi mi się niedobrze, jednak nie ma co za wcześnie świętować. Wiem, że po zjedzeniu paczki ciastek i chwilowym mdłościom znowu byłabym w pułapce cukrowego haju, z którego musiałabym wychodzić minimum tydzień.


To jest także powodem dla którego nie podążam za radami niektórych guru od zaburzeń odżywiania, które mówią, że lepiej pozwolić sobie na ciastko niż cały dzień odmawiać sobie, usilnie ze sobą walczyć, a potem płakać po zjedzeniu pudełka lodów i całej paczki wafelków. Moja - była już - psychodietetyczka kazała mi dołożyć do codziennego planu diety rządek czekolady, a kiedy odmówiłam zasugerowała, że to objaw zaburzenia. Teraz wiem, że moje napady głodu podczas jej diety nie były spowodowane niezjedzeniem kawałka czekolady, a zwykłym niedoborem kalorii, czyli mówiąc wprost - głodem. Według niej powinnam jeść codziennie tyle-a-tyle kalorii ignorując głód i apetyt. Wiedziałam, że na małym kawałku czekolady się nie skończy, bo wygłodniała rzuciłabym się na całą tabliczkę mówiąc sobie, że jestem chora psychicznie i nic mi nie pomoże.

Od półtora miesiąca skupiam całą swoją uwagę na swoim ciele, głównie żołądku. Już mniej stresuję się poczuciem pełności po posiłku, bo takie coś równie często zdarza się po wielkiej misce surówki jak i pełnowartościowym obiedzie. W efekcie zaczęłam jeść ile chcę, pełne, mało przetworzone wegańskie jedzenie, przestałam liczyć kalorie by się nie stresować i z pasją zaczęłam gotować i piec, a potem jeść aż do poczucia sytości i zadowolenia. Kiedy potykam się (na przykład zjem aż do poczucia nieprzyjemnej ciężkości), przypominam sobie, że w półtora miesiąca nikt nie nauczyłby się biegać maratonu, więc wybaczam sobie, wyciągam wnioski i idę dalej. Gdzieś z tyłu głowy zapamiętuje informacje, że jeśli chcę schudnąć lepiej nie jeść tyle tłuszczu, jednak na razie spokojnie sobie spaceruję. Jeszcze przyjdzie czas na bieg maratonu.

Dieta to nowoczesna religia

Ludzie mają tendencje do trzymania się razem i rozgraniczania mas na "nas" i "innych". "My" uważamy się za lepszych i walczymy z "innymi" - gorszymi, głupszymi i tymi, którzy nam zagrażają z różnych powodów. Do walk między plemiennych, między różnymi państwami, kulturami, religiami, rasami i tak dalej doszła nowa wojna toczona w bogatej, wykształconej i głównie zachodniej części świata - wojna dietetyczna. Świat ludzi z nieograniczonym dostępem do internetu, sporą ilością czasu do zmarnowania i potrzebą poprawy wyglądu został podzielony na dwie najpopularniejsze diety: weganizm i dietę paleo.


Wyznawcy weganizmu uważają "paleoizm" za barbarzyństwo oraz wyraz najwyższej głupoty i ignorancji. Ze wzajemnością zresztą. Obie współczesne religie wierzą w swoje dogmaty jako te właściwe, rzetelne, logiczne i zgodne z nauką i ludzką naturą. Obie diety mają prowadzić do zdrowia, szczęścia i życia w harmonii ze światem. Jedząc to co nakazują ich główne przykazania możemy spodziewać się niemal natychmiastowego wniebowstąpienia, braku bólu, zastrzyku energii, szczupłej, witalnej sylwetki, lśniących włosów, świetlistych sokolich oczu i długich, mocnych jastrzębich paznokci. Wszystko to oczywiście bez wysiłku i wyrzeczeń. Wystarczy przestrzegać główne przykazania aby żyć w stanie wiecznej szczęśliwości.

My - weganie - patrząc na opychających się mięsem i popijających rosołem paleo wyznawców żegnamy się i stawiamy im krzyżyk na drogę przepowiadając grobowym głosem ich rychłą śmierć z powodu ataku serca w wieku 40 lat. Paleo-wyznawcy robią to samo mówiąc, że chudzi (oprócz pewnej Roślinożerczyni z nadwagą ;)) weganie zagłodzą się na śmierć z powodu niedoboru białka i niezbędnych kwasów tłuszczowych.

Diety zostały podzielone na różne odłamy i herezje, które próbują siebie wytępić albo przekonać do swojej jedynej racji. Weganie dziś to wysokowęglowodanowcy i jedzących tłuszcz roślinny, etyczni, weganie bez oleiści, weganie roślinni, bezgluenowi, bezcukrowi, bezmączni, bezkofeinowi, weganie jedzący surowe rośliny przez cały dzień, albo tylko do godziny 16 (albo innej) i tak dalej i tak dalej. Każde z odłamów ma swoje bóstwa-lekarzy, którzy przekazują swym prorokom-blogerom i youtuberom wyniki swych badań, a to wszystko jest promowane przez guru-instagramowych influencerów i influencerki. Wyznawcy czytają nowe książki bóstw-lekarzy z nabożną i bezkrytyczną czcią, a nowe posty proroków z gorliwą pobożnością.

Weganie gromadzą się w świątyniach - kuchniach gdzie w ciszy lub przy muzyce ambient można pomedytować z kubkiem herbaty matcha nad słoikiem z nasionami chia bądź jagodami goji, co - według naszych bogów przywołanych przez blogowych błogosławionych proroków - prowadzi do obniżenia ciśnienia i poziomu kortyzolu we krwi. W kuchnio-świątyniach odbywają się trzy razy dziennie nabożeństwa podczas których kapłan-kucharz karmi swe baranki ciałem-boga: organicznym jarmużem z kosmosą ryżową, batatami i kurkumą popijając krew-boga: kombuchę. Po posiłku wszyscy w poczuciu najwyższego nasycenia wszystkimi niezbędnymi makro- i mikroelementami rozprawiają na temat swego oświecenia, życia w pokoju i przyczynienia się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla.

W tym świecie pełnym pokoju i braku przemocy oraz wolności hodowlanych zwierząt wciąż jednak niektórzy zmagają się z grzechem i osamotnieniem żyjąc w poczuciu porażki i niechybnego potępienia przez skalanie swego ciała pączkiem albo - nie daj boże - jogurtem greckim, przez które codziennie cierpią nieskończone ilości krów mlecznych. Grzechy swe wyznają ze łzami w oczach w konfesjonałach - forach internetowych albo fejsbukowych grupach, gdzie inni wspomagają zbłąkane dusze polecając głodówkę oczyszczającą lub chociaż przerywany post. W końcu sam nasz pan bóg doktor weganin przekazał swą oświeconą mądrość naszym prorokom mówiąc: zaprawdę pijcie wodę tylko przez minimum trzy dni a umysł wasz i kubki wasze smakowe zostaną oczyszczone ze złych myśli i złych uczynków...

W między czasie w pewnej niedużej australijskiej mieścinie żyje pewna polska emigrantka - wyznawczyni diety roślinnej, która - podobnie jak dwa tysiące lat temu pierwsi chrześcijanie - jest otoczona przez barbarzyńców żyjących w grzechu i niezgodnej z jej poglądami wiarą w diety mcDonalds i Domino's pizza. Ku jej przerażeniu, barbarzyńcy ci składają co niedziela ofiarę nabożną z baraniny na grillu zalewanej piwem. Emigrantka odmówiła uczestnictwa w tych doprowadzających ją do konwulsji praktykach, barbarzyńcy więc uznali ją za wariatkę obżerającą się trawą. Tak, są jeszcze na świecie takie miejsca, gdzie weganów, a nawet paleo wariatów ze świecą szukać...

Któregoś dnia, obok niej w pracy, usiadła przyjazna dusza z szokującą w tym pogańskim świecie miseczką owoców i garścią orzechów na lunch. Nieśmiało zauważyła też butelkę wody i ekologiczny kubek na herbatę ziołową.

- Czyżby bratnia dusza? - pomyślała emigrantka zagadując płochliwie na temat ekologicznego kubka, który okazał się znakiem rozpoznawczym osób świadomych zdrowego stylu życia jak niegdyś ryba dla chrześcijan. Po krótkiej wymianie zdań prawda wyszła na jaw. Dusza okazała się bratnią, a nawet...wegańską. W końcu wśród tlumu barbarzyńców szydzących z niej podczas lunchu i wytykających palcami ogromne ilości szpinaku z jarmużem emigrantka ma w kimś wsparcie. Życie stało się teraz odrobinę mniej ciężkie...

Hakowanie umysłu

Co jakiś czas oglądam vlogi i czytam blogi osób, które z sukcesem pozbyły się nadwagi na diecie roślinnej. Często powtarzają, że żałują, że nie wiedziały czegoś tam ileś tam lat temu, bo to by im pozwoliło zaoszczędzić kupę czasu i nerwów. Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać - co bym powiedziała sobie - 17 letniej zahukanej nastolatce, która po raz pierwszy schudła do prawidłowej wagi?


Mam z tym pytaniem pewien problem. Niedługo stuknie mi trzydziestka-dwójka, więc mogę powiedzieć, że już siebie trochę znam. Wiem na przykład, że mało których rad słucham i najlepiej utrwalam wnioski, do których sama dochodzę. Mogłabym sobie powiedzieć, że na diecie 500 kalorii daleko nie zajdę i zaraz wszystko mi wróci, ale...już chyba wtedy o tym wiedziałam z gazet. Myślałam, że jestem mądrzejsza od tych, którzy nie potrafią siebie kontrolować i że jakimś cudem przemówię do swojego rozsądku. Dziś wiem, że rozsądek w tym momencie jest wyłączony, a do głosu dochodzi pierwotny instynkt dążący do przetrwania. To tak jakbym próbowała siłą woli wstrzymać oddech na 10 minut.

Dziś też wiem, że dobrze jest znać swoją osobowość i temperament. Zamiast walczyć z przywarami, próbuję je "oswoić". Jedną z moich cech jest wysoka otwartość na doświadczenie (jedno z tak zwanej Wielkiej Piątki czyli pięcioczynnikowego modelu osobowości). Co to oznacza w praktyce? Że lubię eksperymentować, szybko się nudzę i ciągle mam ochotę zmieniać dietę, co oczywiście powoduje pewne komplikacje. Do tego jestem mało sumienna, więc mamy przepis na totalną katastrofę. Zamiast jednak załamywać ręce i poddać się płacząc z powodu okropnej osobowości albo - jeszcze gorzej - próbować ją zmieniać (osobowość ciężko jest samemu zmienić, chociaż - co ciekawe - ona sama ulega zmianie wraz z wiekiem) - można tę wiedzę wykorzystać i dostosować się do niej. W moim przypadku to eksperymentowanie w kuchni w ramach diety roślinnej. mam już z 500 przepisów, które ciągle próbuję, łącznie z deserami, których do tej pory sobie zabraniałam.


Mam wrażenie, że trochę sobie odpuściłam. Mam mniejsze wyrzuty sumienia, kiedy zjem coś nadprogramowo mówiąc sobie, że dziś mój organizm potrzebuje więcej energii. Zaczęłam bardziej ufać sobie. Wiem, że po upieczeniu blachy brownie nie zjem je w całości, a nawet jeśli to potem będę przez cały dzień i połowę kolejnego pełna jak bąk i niczego nie tknę. Wiem, że nawet po tostach z masłem orzechowym nie rzucę się jak głupia na jedzenie i przytyję, tylko będę czuła dłużej sytość.

Nie jestem jednak całkiem pewna siebie. Obiecałam sobie, że nie będę się ważyć ani mierzyć. Jeszcze nie czuję się w 100% na siłach żeby przyjąć na klatę, że nic, albo prawie nic nie schudłam, chociaż widzę w lustrze, że wyglądam i czuję się podobnie jak sprzed wyjazdu do Polski. W moim miasteczku siłownia proponuje mierzenie super wagą, z której ponoć korzystała NASA. Jeszcze miesiąc temu bez wahania rzuciłabym się na to, ale teraz wiem, że te cyfry mogłyby mi tylko zaszkodzić. Jeśli na przykład okaże się, że ważę mniej niż myślałam - zjem sobie coś więcej, bo dieta działa. Jeśli zaś zobaczę na wadze więcej - zjem więcej, bo dieta nie działa. Najważniejsze to jest być ze sobą szczerym. Myślę, że dokładny dziennik diety (może nie samego jedzenia, ale samopoczucia) daje mi większą kontrolę nad tym co się dzieje w mojej diecie. Szczerze też zapisuje jakie "haki umysłowe" na mnie nie działają - na przykład mycie zębów po posiłku. Nie wiem czemu, ale zawsze znajdę wymówkę - a to kawka/ herbatka, a to nie ma potrzeby...i co z tego, że samo umycie zębów działa bez zarzutu? Za każdym razem nie zjem potem nawet małego rodzynka. Trzeba być zawsze ze sobą szczerym. (a i jakby co - myję rano i wieczorem, żeby nie było, hehe).


Dopiero minął miesiąc, więc nie chcę zbyt pochopnie wysuwać wniosków, ale moje napady obżarstwa mogły być spowodowane między innymi wyrzutami sumienia i poczuciem, że jestem porażką. Im bardziej ufam sobie i swojemu organizmowi tym jestem pewniejsza siebie i szczęśliwsza.

Perfekcyjny (?) Dzień

W końcu dotarła przesyłka! Wczoraj mąż odebrał dla mnie paczkę podczas gdy ja biegałam po parku. Przesyłka zawierała smartwatch z monitorem pracy serca. Tak, jestem gadżeciarą, a nowe cudeńka, ciuszki i pierdółki są - zaraz po sukcesie - ogromnym dla mnie motywatorem.

Dziś go wypróbowałam (wczoraj nie, bo przecież nie będę trenować jak głupia dwa razy tego samego dnia). Ubrałam legginsy, różowy topik, upięłam włosy w kok, założyłam okulary przeciwsłoneczne i supernowoczesne ah oh buty do biegania i poleciałam. Biegłam, nie, leciałam niczym orzeł w przestworzach rozkoszując się zapachem wiosny i miłym, lekkim wiaterkiem, który delikatnie muskał mnie po twarzy i ramionach. Po powrocie do domu łyk, nie, haust wody i jak stałam tak poszłam do sklepu. Szłam pewnie, z lekkim uśmiechem i wdziękiem seksownej kocicy pakując do koszyka organiczną sałatę (z przeceny, ale ciii) i gruszki. To była moja chwila. Czułam się jak instagramowa influencerka. Niech jeszcze jakieś paparazzo mnie przyłapie, strzeli zdjęcie i opublikuje na łamach portalu plotkarskiego, że oto słynna instagramowa gwiazda robi zakupy zaraz po treningu, a pod tym postem posypią się komentarze, że Boże jaka ona piękna.


Na szczęście za marzenia nic nie płacimy, heh

Potem przyszedł czas na obiad i powrót na ziemię. Zjadłam dodatkowo tosty z masłem orzechowym, bo nie czułam się dosyć nasycona po zwykłej surówce z ziemniakami (mimo, że wbrew pozorom miało to sporo kalorii!)

Miałam po tym lekkie wyrzuty sumienia, chociaż po przeanalizowaniu całej sytuacji doszłam do wniosku, że:
a) nie czuję się przejedzona
b) ufam, że jeśli rzeczywiście zjadłam za dużo to na kolację zjem mniej, jak to było do tej pory
c) sport mnie wyzwala, wydobywa ze mnie najlepsze emocje, pobudza kreatywność i pewność siebie, a jedzenie to potem zaciemnia.

Dosyć tych analiz. Seksowna Kocica zjadła ile potrzebowała i nie ma co nad tym debatować.

To nie takie proste

Wczoraj w pracy jedna z babek podała ostrzałkę do noży koledze, a ja dla żartu rzuciłam, że myślałam, że podaje mu czekoladowy baton. Kolega okazał się bystrym obserwatorem i stwierdził, że wygląda na to, że mam obsesję na punkcie jedzenia.

Chyba nie trzeba długo czekać aż cała prawda wyjdzie na wierzch. Część osób już wie, że staram się jeść zdrowo (jako jedna z nielicznych gotuję w domu posiłki i nie jem w KFC). Niektórzy już wiedzą, że jestem weganką, a co bystrzejsi wywnioskowali, że mam osobowość kompulsywno-obsesyjną (oczywiście w żartach, nigdy nie byłam zdiagnozowana).

Życie weganina wydaje się taaakie różowe i płynące mlekiem sojowym i syropem klonowym, że nie trudno ulec iluzji, że można codziennie jeść tonę wegańskich deserów i jeszcze schudnąć, bo brak mleka i zamiana mąki białej na pełnoziarnistą w magiczny powoduje stopienie tłuszczu na udach i brzuchu. Sama dałam się na to nabrać i...chyba dalej w głębi duszy na to liczę.

Za tydzień minie miesiąc odkąd wróciłam na łono diety roślinnej. Nie ważyłam się, ani nie mierzyłam, ale mam wrażenie, że dalej ważę 80 kilogramów i obawiam się, że kiedy wejdę na wagę ulegnę impulsowi najedzenia się mówiąc sobie, że nic na mnie nie działa, więc po co się w ogóle starać. Tak naprawdę nie powinnam czuć, że sobie wszystkiego odmawiam. Jem często smaczne posiłki, w tym przepyszne desery. Nie chodzę całymi dniami głodna, a po policzeniu kalorii okazuje się, że jem około 2 tys., co było dla mnie wielkim szokiem, no, ale marchewka też ma swoje kalorie. W każdym razie najbardziej mnie męczy nie sama dieta, ale moja obsesja i niecierpliwość. Myślę, że to ważne odkrycie, bo być może rozpoznałam swojego prawdziwego wroga zdrowego stylu życia.

Ciągle myślę na temat diety, tego co jem, co zaraz zjem, albo co zjadłam analizując przy tym co poszło nie tak. Poza tym patrzę na siebie w lustrze i mam wrażenie, że moje wałki i okrągłości są coraz większe i większe. Co jakiś czas odmawiam sobie jedzenia kiedy czuję lekki głód, albo mam wyrzuty sumienia kiedy jednak ulegnę. Swój wolny czas poświęcam na czytaniu o diecie roślinnej. W dosłownie międzyczasie planuję przyszłość swojej kariery, oglądam filmy i seriale nie związane z dietą i odchudzaniem i coraz rzadziej spędzam czas na innych ciekawych i rozwijających rzeczach. Nie chcę tak żyć. Ponoć wyjściem z tej sytuacji jest uczynienie zdrowego stylu życia nawykiem. To może być moja jedyna szansa na poprawę jakości życia.

Poradniki i doktor google mówią o różnym czasie rozwijania i utrwalania nawyku - między 21 a 66 dni. Po przemyśleniu, wolałabym nie ustalać terminu, bo czekałabym na koniec diety z tortem w nagrodę, haha. Moim największym błędem jak do tej pory jest podjadanie między posiłkami, albo jedzenie spoza planu. Myślę, że pomocnym u mnie byłoby najpierw utrwalenie nawyku jedzenia według planu. Potem mogłabym bardziej zająć się bardziej szczegółowo dietą i odchudzaniem. Mam nadzieję, że moja obsesja przez to się nie wzmocni...

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...