Moje postępy

Dietę roślinną, pełnoziarnistą, nieprzetworzoną i bezolejną zaczęłam niemal dwa miesiące temu. Po drodze myślałam, że mimo nadwagi, mój tłuszcz jest na tyle oporny, że nawet zbawienne rośliny tu nie pomogą. Waga zatrzymała się przy 76 kilogramach. Postanowiłam nie przejmować się tym i nie zbliżać się więcej do niej, bo - jak mi doświadczenie podpowiada - frustracja powoduje, że rzucam wszystko w kąt, by potem zacząć od początku. Chcę za wszelką cenę zakończyć to diabelskie koło.


Tydzień temu, pod wpływem książki Szczęśliwe jelita postanowiłam zmodyfikować swoją dietę. Przez 28 dni, oprócz założeń diety roślinnej, również nie jem glutenu, soji, strączków, pomidorów, białych ziemniaków, papryki i innych psiankowatych, kukurydzy, a także ograniczam owoce do pomarańczy, zielonych jabłek i owoców leśnych.

Zaczęłam w końcu brać probiotyki (chyba jednak za późno, bo po miesiącu diety roślinnej ustały kłopotliwe gazy) oraz l-glutaminę w proszku trzy razy dziennie. Daruję sobie aloes i białko w proszku zalecane przez autora książki, bo choćby nie wiem jak opakowanie nie obiecywało - zawsze tam wrzucą coś niepotrzebnego i chemicznego, głównie słodzik. Co do aloesa - jest on po prostu drogi ;).

Autor Szczęśliwych jelit zaleca jeść nieprzetworzone mięso jako źródło białka. O białku może napiszę kiedy indziej, tu ograniczę się do stwierdzenia, że nawet bez mięsa i fasoli nie czuję jakbym jadła go za mało, głównie dzięki orzechom, których na okres 28 dni zwiększyłam konsumpcję, oraz ciecierzycy, którą też można jeść.

Co obecnie jem? Podam swoje przykładowe menu:
Śniadanie: gotowane płatki ryżowe brązowe z dozwolonym owocem, garść orzechów (oprócz ziemnych), czasem zielone smoothie z jarmużu, selera itp.
Obiad: surówka z ciecierzycą albo gularz warzywny z ciecierzycą i jakąś kaszą bezglutenową. Mandarynki.
Kolacja: Makaron ryżowy brązowy z sosem grzybowym (jako zagęstnik stosuję mąkę arrowrootową - nie wiem czy dostępna w Polsce), albo to samo co na obiad.

Najbardziej tęsknie za bananami i innymi owocami. No i mąką, pełnoziarnistymi wrapami itp...denerwuje mnie też brak pomidorów i papryki w tym chili. Wątpie, że mój żołądek nie radzi sobie z nimi, ale warto iść za ciosem i to sprawdzić. Wiem, że mogę czasem zjeść mięso, głównie jako źródło witaminy B12, ale zupełnie za nim nie tęsknie. Podejżewam, że moje zapasy witaminy wystarczą jeszcze na długo.


Oczywiście dopadają mnie też wątpliwości w sklepie, zwłaszcza w dziale ze słodyczami, ale 28 dni to przecież nie całe życie, a inaczej nie dowiem się czy to czasem nie gluten nie powoduje u mnie zatrzymania wagi.

No właśnie...waga. Postanowiłam, wbrew zaleceniom w książce, nie mierzyć się ani nie ważyć przed dietą. Piątego dnia jednak złamałam swoją obietnicę i z duszą na ramieniu wskoczyłam na wagę, by zobaczyć...73.6 kg! Myślałam, że to może wynik odwodnienia, bo wcześniej cierpiałam na biegunę, która szokująco często u mnie pojawia się odkąd zaczęłam dietę roślinną (często, czyli jak dotąd 3 razy). Następnego dnia jednak waga dalej wskazała ten sam wynik. Niestety nie wiem czy to efekt zaostrzenia diety, czy po prostu moje plateau minęło.

(tu biegam podczas lokalnego wydarzenia parkrun, czyli cotygodniowego wyścigu 5 km. Zdjęcie zrobione ze 2-3 tygodnie temu)

Ogólnie, wbrew pozorom, nie czuję się lepiej dzięki diecie roślinnej. Czasem jestem cały dzień osłabiona, szybkość biegu ostatnio mi się pogorszyła, dalej bolą mnie plecy, doszły też bóle mięśni, do tego coraz częściej mam problemy z żołądkiem. Gazy na szczęście minęły, za to pojawiły się już wspominane biegunki. do tego czasem boli mnie żołądek i mam poczucie ciężkości w nocy. Mam jednak nadzieję, że to toksyny uciekające z topniejącego tłuszczu. Czas pokaże.

Porozmawiajmy chwilę o jelitach

W naszych ciałach żyje 40 trylionów bakterii z czego większość w naszych jelitach, a przede wszystkim w jelicie grubym. Skupisko to rozumiane jako flora bakteryjna żyje w nas na zasadzie symbiozy i odpowiada za nasze zdrowie i jakość życia. Nasz system immunologiczny w 70% jest zależny od tego, jakie bakterie znajdują się w naszych jelitach. Na szczęście, mając nawet kiepską florę bakteryjną, można ją naprawić.


Za czasów naszych mam bakterie kojarzyły się ze wszystkimi nieszczęściami świata, dlatego kazały nam myć ręce mydłem przed jedzeniem, jabłka płukać wodą zanim je zjemy i szorowały nasze całe ciała po taplaniu w błocie.

Dziś wiemy, że bakterie to nie tylko cisi mordercy dzieci i niebezpieczne kreatury na brudnej truskawce. Na co więc wpływa nasza flora bakteryjna? Oprócz tych bardziej oczywistych rzeczy jak nasze trawienie (przemiany metaboliczne z ich udziałem mają charakter procesów fermentacyjnych), czy regulacji pracy jelit, stymulują także nasz system odpornościowy, produkują witaminy (biotyna i witamina K), hormony (m.in. grelina odpowiedzialna za uczucie głodu i serotonina czyli hormon szcześcia) i wpływają na działanie naszego mózgu.


Jak wygląda nasza flora bakteryjna? Pierwotnie po porodzie naturalnym dziedziczymy florę bakteryjną naszej rodzicielki, bo mamy kontakt z jej mikroflorą przez drogi rodne (nie wnikajcie w szczegóły, które są dość obrzydliwe ;)). Z czasem jednak nasze bakterie ulegają zmianie, między innymi przez kuracje antybiotykowe, stres, dietę i podróże.

Skupię się rzecz jasna na diecie. Badacze mówią: pokaż mi co jesz, a ja powiem Ci jak wygląda Twoja flora bakteryjna. Wiemy dziś, że spożywanie wysoko przetworzonych produktów powoduje znaczne obniżenie populacji bakteryjnej, które nie sprzyjają naszej szczupłej sylwetce (pamiętasz jak pisałam o wpływie bakterii jelitowych na hormon głodu?) Ponadto, bakterie oczywiście chcą jak najdłużej żyć. Te, które żywią się cukrem będą robić wszystko żebyś jak najwięcej go jadła...Jakiś czas temu czytałam też raport, z którego wynika, że spożywanie bezkalorycznych słodzików wpływa na naszą florę bakteryjną, a sam aspartan został oskarżony o niebezpieczną zmianę populację mieszkańców naszych jelit. Z tego wynika, że dieta oparta o produkty przetworzone, cukry i słodziki nie jest korzystna dla naszych jelit.


Teraz dobre wiadomości. Najzdrowszą florę bakteryjną mają ludzie jedzący dużą ilość błonnika, czyli...jedzący dietę roślinną. Liczne badania nie pozostawiają wątpliwości: dieta złożona z dużej ilości roślin powoduje przyrost "dobrych" bakterii, które obniżają ryzyko otyłości, zapadania na cukrzycę, raka, choroby serca i choroby autoimmunologiczne (w tym celiakia), autyzm, alzheimer, parkinson...

Za dietą roślinną przemawia również fakt, że produktem fermentacji bakteryjnej włókna pokarmowego i skrobi opornej, czyli produktów, które roślinożercy głównie spożywają, są krótkołańcuchowe kwasy tłuszczowe, które regulują nasze PH, zwiększają wchłanianie magnezu, wapnia i żelaza. Włókno pokarmowe (inaczej błonnik) znajdziesz głównie w produktach roślinnych, zaś skrobia oporna znajduje się m.in. w fasoli, soczewicy, bananach zielonych, otrębach, ziemniakach, brązowym ryżu, kukurydzy i chlebie razowym.

Wcześniej pisałam o antybiotykach, które źle wpływają na naszą florę bakteryjną, praktycznie ją wyludniając. Otóż hodowcy krów, drobiu itp. muszą faszerować zwierzęta antybiotykami, żeby te, żyjąc często w zastraszających warunkach, przeżyły do momentu, w którym są wystarczająco duże do ubicia i wylądowania w supermarkecie. Te antybiotyki potem znajdują się w mięsie, które spożywasz. Udowodniono, że antybiotyki i hormony, którymi raczą zwierzęta hodowlane wpływają tak samo na człowieka jak tabletki hormonalne albo antybiotyki, które stosujemy podczas kuracji starannie dobranej przez naszego lekarza. Możesz sobie tylko wyobrazić jak hormony żeńskie krowy mogą namieszać w ciele mięsożernego chłopa lubiącego cotygodniowy grill z kolegami.


Ok, mamy wypunktowane produkty, które niszczą naszą delikatną florę bakteryjną. A co może wspomóc jej odbudowę?

Pierwsze co przychodzi do głowy, to: probiotyki, które obecnie cieszą się wielką popularnością i które mają rzekomo wspomóc nasze zdrowie. Naukowcy nie są zgodni (może też dlatego, że część z nich sponsorowana jest przez firmy farmaceutyczne). Żeby bakterie mogły żyć w naszych jelitach, muszą mieć co jeść (prebiotyki). Biorąc tabletki probiotyczne, jak tylko przestaniesz, te natychmiast umierają, chyba, że spożywasz produkty bogate w błonnik. Oczywiście z dnia na dzień przerzucając się na dietę roślinną warto wspomóc się probiotykami (sprawdzaj ilość szczepu, najlepiej minimum 15 mld Lactobacillus i 15 mld Bifidobacterium, bierz przez 3 miesiące na pusty żołądek i trzymaj je w lodówce). Ja popełniłam ten błąd i gwałtownie zmieniłam dietę, co skutkowało gazami i uczuciem przepełnienia. Po ponad miesiącu mi jednak przeszło.

Twoja flora bakteryjna to Twój wewnętrzny ogród, który - podobnie jak ogród przydomowy - potrzebuje odpowiedniej pielęgnacji. Wymaga to czasu i cierpliwości, ale - jak opisałam powyżej - napewno warto.

Roślinożercy lektura obowiązkowa

Jedną z przełomowych prac, która zmieniła życie milionów osób na całym świecie jest książka T. Colin Campbella i jego syna Thomasa pt. "China Study" (w Polsce ukazała się jako "Nowoczesne zasady żywienia"). Jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą dożyć setki ciesząc się dobrym zdrowiem do końca swoich dni.

Colin Campbell jest profesorem i biochemikiem żywienia, który uczestniczył w największym na świecie badaniu dotyczącego odżywiania w Chinach, gdzie powiązano jedzenie produktów zwierzęcych (w tym nabiału) z zapadalnością na choroby przewlekłe w tym choroby serca, cukrzycą i najczęstszymi nowotworami - raka piersi, prostaty i jelita.

W badaniu, które trwało 20 lat, przeanalizowano dietę 6.5 tys. mieszkańców Chin i Tajlandii. Okazało się, że mieszkańcy mniej bogatych prowincji cieszą się lepszym zdrowiem, niż ci bogatsi, więc i częściej mogący sobie pozwolić na mięso i nabiał. Prowincje, gdzie Chińczycy jedli potrawy tradycyjnej kuchni bogatej w produkty roślinne były wolne od typowych zachodnich chorób przewlekłych.

Zanim jednak dołączył do załogi chińskich badaczy Campbell miał możliwość przestudiowania, a następnie powtórzenia indyjskiego eksperymentu na szczurach. Szczurom podano kancerogenne alfatoksyny, a potem manipulowano ich dietą zmniejszając podaż białka ze standardowych 20% do 5%. Szczury, którym podano zaledwie 5% białka, uniknęły zachorowania na raka. Campbell powtórzył to badanie, z tym samym skutkiem. Następnie zmieniał dietę na przemian z 20% do 5% i z powrotem do 20% sprawdzając rozwój komórek rakowych. Co najbardziej szokujące, rak rozwijał się przy wysokobiałkowej diecie, zaś przy niskobiałkowej rozwój raka był zahamowany, a nawet...odwrócony. Szczurom podawano kazeinę, czyli białko mleka. Przy diecie roślinnej manipulując podażą białka nie zauważono rozwoju raka.


Po przeczytaniu powyższej książki zrobiłam szybki rachunek sumienia. Ile litrów jogurtu zjadłam, ile litrów mleka wypiłam i o zgrozo ile kilogramów zjadłam odżywki białkowej opartej na kazeinie. Całe szczęście nigdy nie tolerowałam za dobrze diety wysoko białkowej. Wytrzymywałam góra dwa tygodnie. Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, że jedząc kilogram twarogu, piersi z kurczaka i milion jajek, odżywiałam się w sposób zupełnie nienaturalny dla człowieka, w tym tego mitycznego paleolitycznego, który - jak dowiedziono - odżywiał się jednak głównie produktami roślinnymi. Oczywiście robiłam to w imię szczupłej figury, której ostatecznie nigdy nie zdobyłam.

Coraz bardziej jestem też przerażona świadomością amerykańskich lekarzy, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości, że dieta ma związek z nadciśnieniem czy cukrzycą, o czym pisze Campbell, którego wyniki badań zostały przez lekarzy niemal całkowicie zignorowane. Dla mnie związek diety ze zdrowiem zawsze był oczywisty. Mając kilkanaście lat okazało się, że mam podwyższony cholesterol. Wtedy też dostałam wykład na temat diety, konieczności unikania słodyczy i schudnięcia. Jak to możliwe, że w tym czasie w Ameryce przepisywano leki mówiąc, że tak to już jest, takie geny itp?? Albo w Stanach lekarze są leniwi i/lub skorumpowani, albo ja miałam wielkie szczęście do lekarzy i/ lub mamy, która zawsze przywiązywała dużą wagę do zdrowia.

Czwarty tydzień, czyli...poddaję się

Po miesiącu diety roślinnej i schudnięciu niecałych dwóch kilogramów stwierdzam, że lepiej dla mojego zdrowia psychicznego jeśli przestanę starać się schudnąc i po prostu skupię się na zdrowiu. To oznacza, że nie będę raportować co tydzień moich pomiarów, a raz w miesiącu napiszę o ewentualnych zmianach w ogólnym samopoczuciu.

W swoim życiu przeszłam wiele diet odchudzających. Już jako 13-latka pojechałam na obóz odchudzający, gdzie serwowano nam niskokaloryczną dietę połączoną z ćwiczeniami. Potem były różne głodówki, aż do diety Montignaca, która była chyba najzdrowszym dla mnie dotąd systemem. Poznałam wartość nieprzetworzonego jedzenia, nauczyłam się jeść fasolę i soczewicę, zaczęłam czytać skład produktów i unikać cukru. Zaczęłam jeść na śniadanie płatki owsiane, które stały się dla mnie synonimem dobrze rozpoczętego dnia. Dowiedziałam się też, że nie muszę ograniczać jedzenia i głodować, żeby schudnąć. Chudłam dosyć szybko (ok. 3-4 kilogramy miesięcznie) nawet podchudząc bardzo liberalnie do diety (jadłam np. zabronione w fazie odchudzania orzechy, a nawet piłam kawę z bitą śmietaną, nie mówiąc już o pochłanianych deserach ze śmietany i czekolady gorzkiej). Byłam zachwycona, aż do momentu kiedy waga stanęła w okolicy 80 kilogramów. Niestety zaprzepaściłam wszystko i za sprawą słodyczy i białego pieczywa waga skoczyła w górę.


Montignac wiele mnie nauczył, ale i też rozpuścił. Będąc na diecie Gacy byłam wściekła, że chodząc cały czas głodna po mikroskopijnych posiłkach chudłam nawet wolniej niż na mogę-wszystko-diecie-Montignaca. Cały czas myślałam tylko, że ta dieta jest bez bezsensu, do tego nie jest najzdrowsza na świecie. Mimo to, przez 8 miesięcy głodowałam na niej, bo ich system motywacyjny jest niezwykle skuteczny. W końcu, dokładnie rok temu, rzuciłam ją.

Długo wypierałam myśl, że popełniłam wielkie głupstwo nawet ją rozpoczynając. Myślałam, że mój organizm jest kuloodporny, a psychika i samozaparcie mocne jak wiking. Po roku szarpaniny i nieudanej półrocznej terapii z dietetykiem, wywieszam białą flagę ogłaszając, że mój metabolizm jest do dupy i nie da się go naprawić w miesiąc, o ile w ogóle.


W 2016 roku the New York Times Magazine opublikował artykuł na temat uczestników popularnego w Stanach reality show the Biggest Loser, gdzie nieraz ekstremalnie otyli ludzie na oczach widzów jedli prawie nic i trenowali po 6-8 godzin dziennie, by skrajnie niedożywieni pod koniec programu odebrać nagrodę za największą ilość zrzuconych kilogramów (rekordzista zrzucił niemal 110 kilogramów w siedem miesięcy). Badacze dotarli do byłych uczestników programu i odkryli, że wszyscy natychmiast przytyli, większość wróciła do swojej starej wagi, a co niektórzy nawet ją przekroczyli. Co najbardziej szokujące, okazało się, że po zmierzeniu ich metabolizmu, nawet wiele lat po programie i ponownym nabraniu wagi - dziennie ich zapotrzebowanie nadal wynosi kilkadziesiąt (nawet 800!) kalorii mniej niż dla osoby, która nigdy nie przechodziła kuracji odchudzającej. Sami badacze byli zaskoczeni wynikiem, okazało się, że podstawowa przemiana materii po radykalnej diecie nie tylko nie podnosi się wraz z upływem czasu, ale i powoli spada. Żeby dobić, każda nadprogramowa kaloria zostaje zmagazynowana w postaci tłuszczu.


Ironicznie, sama złapałam haczyk po obejrzeniu analogicznego do Biggest Loser programu w Polsce - Fat Killers, gdzie uczestnicy zrzucali dziesiątki kilogramów w bardzo krótkim czasie. Może, gdybym zamiast Gacy zaczęła znowu chociażby dietę Montignaca, a po researchu przeszła na dietę roślinną, dziś cieszyłabym się szczupłą i szczupłą sylwetką...

Nie chcę jednak wracać do objadania się słodyczami, nawet ze względu na samopoczucie i szacunek do siebie. Jestem przekonana, że jedząc tylko rośliny, nawet jeśli oponka zostaje na miejscu, zminimalizuję ryzyko przewlekłych chorób w tym raka, cukrzycy i nadciśnienia. Muszę tylko pogodzić się z tym, że może nigdy nie będę szczupła, chyba że zaczęłabym znowu głodówkę, czego psychicznie bym nie zniosła...

Bo w prostocie leży siła

Dziwna ze mnie kucharka. Nigdy nie myślałam o sobie, że nie umiem gotować. Wiem jak przyrządzić spaghetti, pizzę, czy zupę warzywną. Uwielbiam smażyć omlety, krokiety i umiem lepić pierogi. Warzywne sałatki, kolorowe surówki, fasolka po bretońsku, czy kurczak w panierce nie są mi obce. Nie mówiąc już o deserach, nawet tych pseudodietetycznych paleo czy wegańskich. Odkąd jednak wyszłam za mąż za wytrawnego smakosza zaczęłam podważać swoje kompetencje.

Ok, nie tak od razu. Najpierw była wojna. Mąż wydziwia i na złość mówi, że ta surówka byłaby lepsza bez fasoli. Albo jak krzywił się na mój makaron z kurczakiem podany trzeci dzień z rzędu. Nie mówiąc już o tym, że kazał mi powtarzać dokładnie co do grama super przepis, który znalazł w internecie. Sąsiedzi pewnie mieli niezły ubaw słysząc nasze kłótnie o szczyptę soli czy łyżkę oliwy.


Moją metodą na obiad było: otwórz lodówkę, weź wszystko co w miarę do siebie pasuje, ugotuj albo usmaż i zmieszaj ze sobą. Na koniec wrzuć końską dawkę wszystkich przypraw, które masz, dodaj sól i pieprz, a potem nałóż ten wyrób na ryż, makaron czy kaszę i...voila! Obiad podano do stołu!

Smak? Cóż...nie jestem wielką smakoszką. Zjem cokolwiek. Nawet tę breję z rozgotowaną kaszą gryczaną w myślach gratulując sobie, że zdrowo i dietetycznie. Kiedy za to nie jestem na diecie (czytaj, kiedy mam gdzieś wagę i zdrowie) to potrafię przez cały dzień jeść chleb z serem i miodem, albo jogurt z mieszanką orzechów z owocami i kakao dobijając się słodyczami ze sklepu jak byłam w totalnej dolinie. Kiedyś nawet przez 4 dni podróżując samochodem wzdłuż Australii żywiłam się okropnym ciastem z rodzynkami kupionym w przecenie ze sklepu. Nie jestem z tych, co wyrzucą przecenione ciasto, bo jest niedrobre. Możesz więc sobie wyobrazić jakim szokiem były moje kulinaria dla wykwintnego znawcy diety śródziemnomorskiej. Oj początki były ciężkie...

Całkiem niedawno moja druga połówka zaserwowała dziwną dla mnie surówkę: świeża natka pietruszki z pokrojoną cienko czerwoną cebulą, cytryną i solą. Ja bym wrzuciła do tego wszystkie warzywa z lodówki, czyli jakaś kapusta, sałata, marchewka, papryka, może pieczarki i np. oliwki plus kawałki sera feta. Ta prosta, wręcz biedna wersja mojego męża była jednak dla mnie objawieniem. Okazało się, kiedy wymieszam ze sobą wszystko co się da, smak staje się chaotycznym bełkotem, który chcesz szybko połknąć i zapomnieć.



Teraz z kolei przypominam sobie proste smaki z dzieciństwa. Kasza gryczana z pieczarkami, ziemniaki z koperkiem, marchewka z porem i majonezem, marchewka z groszkiem, makaron z twarogiem, truskawki ze śmietaną...nie wszystko oczywiście jest korzystne dla naszego zdrowia (w sumie prawie nic, haha), ale zrozumiałam, że najbardziej pamiętam te proste potrawy złożone z dwóch-trzech składników. Nigdy nie rozpływałam się nad królewskimi 10-składnikowymi sałatkami, czy Bój-wie-co-to-sosami do ryżu, których smaku za Chiny ludowe bym sobie nie przypomniała.

Moim nowym postanowieniem jest nauczenie się gotowania od podstaw i bez pośpiechu (o cierpliwości!) Dziś przykładowo przyrządziłam kaszę gryczaną z cebulą, czosnkiem i pieczarkami. Niestety kasza rozgotowała się i stała się szarą papką (mam kaszę niepaloną, może to dlatego...), a pieczarek początkowo usmażyłam za mało, więc po fakcie dodałam je do swojej mikstury. Lunch nie należał do epokowych przeżyć, ale co ciekawe mój organizm zareagował nieco inaczej niż zwykle. Nie straciłam energii jak to zwykle bywa po obiedzie, ani nie czułam się przepełniona. Może im mniej składników jem tym lepiej trawię (jeśli ktoś uważa to za oczywistość to z góry przepraszam za swoją ignorancję). Również postanawiam, że zanim nie zdobędę niezbędnych umiejętności, nie będę gotowała na kilka dni, bo teraz będę raczyła się szarą breją przez co najmniej kolejne trzy dni...


Postanowiłam też kupić kilka książek kucharskich zgodnych z moją dietą, czyli wegańską, bez soli, cukru, oleju i przetworzonych produktów. Chcę między innymi zasięgnąć rady u źródła np. żony i córki światowej sławy kardiologa Caldwella Esselstyna promującego dietę roślinną. Jego polecana dieta jest jedną z prostszych, ale i bardziej rygorystycznych wykluczając przy tym pseudodietetyczne wegańskie deserki orzechowo-czekoladowe. Myślę, że książka kucharska autorstwa jego żony i córki może być dużą pomocą przy diecie.

Przyda mi się odrobina pokory w tym wszystkim...zanim rzucę się na wegańskie wypieki (jak np. ostatnio twarde jak skała pszenne placki z mąki własnej roboty), powinnam nauczyć się gotowania ziemniaków.

Ps. W niedzielę mamy z mężem rocznicę i idziemy do greckiej restauracji. Najpierw myślałam, żeby sobie popuścić pasa, hulaj dusza - piekła nie ma i tak dalej, ale w sumie nie mam nawet ochoty. Grecy umieją przygotowywać sałatki, więc wybiorę tę bez sera feta i oliwy.

Tydzień trzeci [RAPORT]

W trzecim tygodniu pojawiła się pierwsza większa frustracja. Za dużo naoglądałam się i naczytałam historii cudownych uzdrowień i dramatycznych spadków wagi żeby nie mieć zbyt wygórowanych ambicji.

Waga pokazała 200 gramów mniej niż tydzień temu i 1.9 kilograma mniej niż na początku mojej zmiany. Może nie frustrowałoby mnie to tak, gdyby nie to, że niektórym dieta roślinna przynosi ogromne i niemal natychmiastowe zmiany na lepsze. Znani amerykańscy doktorzy promujący dietę roślinną wręcz mówią: już po trzech tygodniach zauważysz wielką poprawę swego zdrowia, wzrost energii o 500 procent i spadek na wadze o jakieś 10 kilogramów. Jak przy diecie Gaca i innych cudownych systemach dałam się przekonać, że obietnice te mogą dotyczyć też mnie.


Podobnie miałam z Garcinia cambodia (w Polsce znana jako Tamaryndowiec malabarski, nie wiem czy równie popularna jak w Australii, gdzie reklamowano ją jako cudowny, naturalny środek wspomagający odchudzanie). W każdym razie będąc wówczas na diecie Gacy, na której miałam traciś po 6-10 kilogramów na miesiąc, brałam tabletki myśląc, że może w końcu coś więcej schudne na tej głodówce niż pół kilograma tygodniowo. Oczywiście wszystko na nic. Waga stanęła jak zaklęta i potem już ruszyła tylko w górę.

Dziś nawet przyszło mi do głowy, że nic mi nie pomoże i równie dobrze mogłabym rzucić to w cholerę. Głosem tym niektórzy zwą wilkiem, świnią albo gadzim umysłem tudzież głosem uzależnionego. Ja nazywam go głosem prosiaka. Lata czytania na ten temat i miesiące terapii nauczyły mnie rozpoznawać ten głos. Sama jednak musiałam nauczyć się ignorowania go. W ciągu ostatnich trzech tygodni niezliczoną ilość razy ignorowałam denerwujące skomlenie wewnątrz mojej głowy. Kiedy skomlenie było jednak zbyt silne, a ja zbyt słaba na ignorowanie - brałam owoc albo marchewkę. Nawet dziś w geście rozpaczy wypełniłam swoją buzię wielką pomarańczą, żeby tylko zamknąć kwiczącego prosiaka w mojej głowie, które błagało o kawałek chleba z pastą figowo-sezamową (nawet nie pytaj, przez głupotę kupiłam, bo myślałam, że to coś innego, a okazało się niebem w gębie i piekłem dla mojej samokontroli).


Cóż, niektórzy przechodząc na dietę roślinną doznają cudownego nawrócenia jak ślepiec, który spotkał Jezusa, czy coś w tym stylu. Niektórzy po obejrzeniu filmu "Forks Over Knives" przechodzą na dietę wegańską bez mrugnięcia oka nie odwracając się za siebie. Są tacy, którzy po dwóch zawałach i przeczytaniu książki Esselstyna albo Campbella rok później ważąc 50 kilogramów mniej startują w ultramaratonie. Albo tacy, którzy po odebraniu kiepskich wyników krwi i zrobieniu odpowiedniego researchu w internecie z dnia na dzień rzucają mcDonaldsa i zajadają się jarmużem z kosmosą ryżową, a po trzech tygodniach ich własny lekarz rodzinny ich nie poznaje. Cóż. Moja historia raczej się na to nie zapowiada.

Jak już wcześniej wspominałam nie borykam się z większymi problemami zdrowotnymi. Mojego poziomu cholesterolu czy glukozy raczej nie da się poprawić, bo wyniki mam wzorowe, podobnie jak ciśnienie itp. Cierpię tylko na niedobór witaminy D3, której dietą nie da się naprawić. Jedynie co mogę poprawić dietą to waga, która nawet przy najlepszej diecie świata stoi.

Ale to nic. Waga to nie wszystko co chcę naprawić w swoim życiu. Drogą do sukcesu jest wyznaczenie sobie odpowiednich, bardzo atrakcyjnych, pociągających i ambitnych celów, które są zgodne z naszymi wartościami życiowymi. Moimi jednymi z najwyższych wartości są miłość, samoudoskonalenie siebie i ekscytujące przygody, doświadczenia (dlatego wylądowałam w Australii na drugim końcu świata, haha).


W ramach samoudoskonalenia chcę poprawić swoją samokontrolę i uciszyć, albo nadzorować swojego wewnętrznego prosiaka, który mówi, że przecież bułka jest wegańska (ch#j, że przetworzona biała mąka), a pasta figowo-sezamowa to samo zdrowie, bo w składzie nie ma cukru. Chcę jednak w tym wszystkim znaleźć też odpowiedni balans, żeby mieć miejsce na inne, równie ważne wartości w życiu.

Chcę także dalej pracować nad swoją kondycją i sprawnością fizyczną ćwicząc jogę i biegając. W tym tygodniu nie miałam żadnych rekordów biegowych, bo mam w planie biegi regenerujące, czyli ok. 5 kilometrowy trucht. Moim celem jest półmaraton. Sport łączy się ze wszystkimi moimi wartościami w życiu. Udoskonalam siebie, swoją sylwetkę, a podczas biegu uprawiam "medytację", bo nie słucham żadnej muzyki, ani podcastów. Polecam, bo podczas kilkunastu/ kilkudziesięciu minut przebywania ze sobą w ciszy można czasem dojść do genialnych pomysłów. Sport łączy się także z przygodami zwłaszcza podczas biegu w lesie i napotykania co rusz na koale i kangury, a nawet miłością, bo sport mnie uszczęśliwia i jestem bardzo miłą i kochającą żoną, hah


Moją największą wartością w życiu jest miłość. Cały czas pracuję nad byciem dobrą żoną. Blog jest głównie o diecie i moim odchudzaniu, a jednym z jego powodów jest utrzymanie wspaniałej, przyjacielskiej i pełnej miłości relacji małżeńskiej do końca życia. Dobra, zdrowa dieta poprawia moje samopoczucie i samoocenę, które przekładają się na relację z mężem. Chcę utrzymać swoje dobre zdrowie jak najdłużej, dzięki czemu małżeństwo będzie dłużej pozbawione trosk w tym zakresie.

No dobra, trochę mi ulżyło po napisaniu tego posta. Wracając do tematu wyników. Obecnie na liczniku mam 76.4 kg. Spadły mi 3 cm. z biustu (tu koliduje dieta ze szczęściem małżeńskim haha), 3 cm. z brzucha, 1 cm. z bioder i pół centymetra z uda. Każdy zazwyczaj mówi, że jak waga stoi to rosną mięśnie. Niech tak zostanie ;).


Świat oszalał - przypowieść

Wyobraź sobie świat, w którym narkotyki są legalne. Chcesz kupić kokainę? Masz ochotę na heroinę? Nic prostszego, wchodzisz do pierwszego lepszego sklepu, wkładasz działkę do koszyka i wykładasz na taśmę razem z paczką papierosów, które ze zblazowaną miną kasuje kasjerka.

Narkotyki możesz kupić na stacji benzynowej, w supermarkecie, aptece, kiosku, a nawet w automacie na ulicy, czy w hotelu. Opiaty, psychodeliki i halucynogeny są beztrosko podawane w restauracji na kolację i jako "zakąska" do kawy w kawiarni. Nawet dzieciom w przedszkolu podaje się marihuanę, w końcu niby jest zdrowsza, jednak jeśli dziecko chce - bez problemu kupi paczkę z morfiną w szkolnym sklepiku. Dziadkowie dzieciom podają heroinę, bo lubią je rozpieszczać. Święta za to, to wielka narkotykowa orgia. Zresztą w czasie świąt ostry dyżur jest szczególnie oblegany przez ofiary przedawkowania.


Większość społeczeństwa, zwłaszcza ta biedniejsza, mniej wykształcona część, jest uzależniona i to już od małego. Narkotyki są tanie, łatwo dostępne i szeroko reklamowane przez gwiazdy kina czy autorytety w radiu, telewizji, na meczach, w kinie, na billboardach. W supermarketach jest cała alejka z substancjami psychoaktywnymi, jednak - jeśli jakimś cudem pominiesz ją - znajdziesz całą zastawioną narkotykami szafkę tuż przy kasie. Ciężko oprzeć się pokusie, o czym wiedzą właściciele sklepów wykorzystując to do windowania zysków sprzedaży.

Biznes narkotykowy jest wart setki miliardów dolarów. Właściciele firm produkujących narkotyki robią wszystko byś się uzależniła. Wiele inwestują w reklamę, coraz lepszy smak, zapach, działanie...Do tego korumpują naukowców, którzy składają sprzeczne ze sobą raporty, zależne od tego kto zapłacił za badanie. W gazetach pojawiają się coraz to nowsze artykuły: Amerykańscy naukowcy donoszą: niewielka ilość kokainy nie szkodzą na serce! Brytyjscy naukowcy twierdzą, że heroina nie powoduje śmierci (chyba, że brana jest w nadmiarze). Austriaccy specjaliści alarmują: Naturalne grzybki halucynogenne działają odstresowująco. Skołowani ludzie ostatecznie ucinają rozmowy o tym co zdrowe, a co szkodzi mówiąc, że najważniejszy jest umiar. Nikt nawet nie myśli, żeby zdelegalizować narkotyki. Nikt na szeroką skalę (Ci podejrzliwi węszą z tego powodu spisek) nie udowodnił, że nawet niewielkie ilości substancji psychoaktywnych bezpośrednio powodują śmierć.


W końcu postanawiasz rzucić to gówno i czytasz poradnik w kolorowej gazecie. Obok wielkiego zdjęcia pięknej modelki wciągającej kreskę stoi artykuł: Bądź czysta na lato! Niestety metoda działa maksymalnie 10 godzin i wieczorem rzucasz się wygłodniała na sklep i wciągasz co popadnie, najlepiej jeszcze w samochodzie. Jest Ci wstyd. Idziesz do lekarza, który wypisuje Ci receptę na wspomagacze i daje listę zakazów i nakazów. Jeśli masz ochotę na działkę - kup lepiej dopalacz, który jest duużo zdrowszy (ale i droższy, ale co tam - nie będziesz przecież skąpiła na zdrowie). Do tego marihuana trzy razy dziennie. Bierzesz głęboki wdech i wysilasz wszystkie pokłady silnej woli. Wytrzymujesz w czystości tydzień lub dwa. Kiedy masz ochotę się rozerwać kupujesz dopalacz. Uzależnienie jednak bierze górą, a wina stoi po stronie Twojej słabej silnej woli. Wierzysz lekarzowi, że jego metoda jest skuteczna, musisz tylko bardziej się postarać.

Z czasem zaczynasz mieć obsesję. Czytasz coraz więcej na temat uzależnienia. Każdy specjalista od narkotyków ma inną teorię. Bierz co chcesz, byle do godziny 18. Bierz tylko jeden rodzaj środka uzależniającego, albo malusieńką porcję. Ustal sobie raz w tygodniu cheat inject (bierz co chcesz, potem abstynencja). Bierz tylko środki produkowane organicznie, albo tylko koloru brązowego. Wstrzykuj sobie trzy razy dziennie specjalny suplement, dzięki któremu po miesiącu będziesz całkowicie wolna. Zrób sobie detoks przez trzy dni, a potem powoli wprowadzaj wybrane narkotyki w małych ilościach...dodatkowo wspomagające masaże, akupunktura, naświetlanie ultrafioletem i autohipnoza.

Po wydaniu tysięcy złotych i będąc w największej rozpaczy w końcu trafiasz na mniej popularną stronę internetu, która głosi: Żeby wyzdrowieć musisz całkowicie przestać brać jakiekolwiek narkotyki. Potem dowiadujesz się, że narkotyki są dosłownie wszędzie. W paście do zębów, w niewinnej puszce z groszkiem, butelce keczupu, popularnych napojach. Czytasz, że dopalacze też są złe, a nawet marihuana - ta sama, którą biorą Twoje dzieci w szkole i ta sama, którą polecał Ci lekarz. Jesteś przerażona. Rozumiesz, że - żeby pozostać czystym - musisz ograniczyć swoje wybory w sklepie do minimum i odrzucić wszystko, co ma zły skład. Jest ciężko. Twoje życie towarzyskie umarło. Ludzie odwracają się od Ciebie mówiąc, że przesadzasz, że odrobina białego proszku podczas urodzin Ci nie zaszkodzi. Czasem ulegasz ich namowom. Czasem budzisz się na kacu w toalecie z nosem posypanym białym proszkiem. Znowu Ci się nie udało. Zaczynasz od nowa w poniedziałek.


Niewielu udaje się wytrzymać w czystości. Badania dowodzą, że tylko ułamek procenta uzależnionych żyje w czystości. Za winę obiera się słabą wolę. Mało kto wie, że jest ekstremalnie trudno w całości uniknąć narkotyków. Pokus jest za dużo, a nawet jeśli nie kupisz czegoś pobudzającego w największej alejce w sklepie i tak otrujesz siebie biorąc cokolwiek bez czytania składu.

Teraz wyobraź sobie świat, w którym cukier jest legalny. Gdzie sztuczne słodziki są polecane przez dietetyków i ogłaszane przez naukowców jako niewinne i mające pozdrowotne działanie (bo nie mające kalorii). Gdzie nie sposób uniknąć mąki, soli i cukru w restauracji. Gdzie dzieciom podaje się słodkie czekoladki w nagrodę za dobre sprawowanie. Świat, w którym musisz patrzeć na swoich umierających bliskich z powodu złego odżywiania. Gdzie nawet jeśli chcesz żyć zdrowo musisz spędzić godziny w sklepie żeby znaleźć cokolwiek co w składzie nie ma chemicznych dodatków, cukru, mąki i oleju, także w dziale ze zdrową żywnością. Gdzie pułapek i sprzecznych informacji od dietetyków i naukowców jest tyle, że niemal niesposób się nie poddać.


Cóż, ja wybrałam drogę na skróty. Rzadko kupuję coś w pudełkach. Moim jedynym na razie odstępstwem jest mleko roślinne. Żeby kupić czyste - muszę spędzić dobre pięć minut czytając skład każdego kartoniku. Reszta zakupów jest bezpieczna - warzywa, owoce, kasze i fasole. Za każdym razem kiedy przechodzę obok alejki ze słodyczami wyobrażam sobie, że to narkotyki. Może za jakiś czas ludzie będą myśleli z przerażeniem o świecie, w którym żeby być zdrowym trzeba nieźle się wysilić...

Tydzień drugi [RAPORT]

Zaledwie dwa tygodnie jestem na diecie roślinnej, a już przeżyłam wpadkę i zwątpienie w to całe przedsięwzięcie. Zamiast jednak zamknąć blog lub udawać, że nic się nie stało, wstałam z gleby, otrzepałam okruszki i poszłam dalej. Wyniki są zaskakujące.

Cały pierwszy tydzień przebiegł mi rewelacyjnie. Liczyłam kalorie, których z każdym dniem entuzjastycznie ograniczałam. W sobotę przebiegłam 8 kilometrów z dużo większą prędkością niż zazwyczaj (o czym pisałam tutaj), a potem nie zjadłam kolacji, bo pojechałam z mężem na zakupy do innego miasta, gdzie spędziliśmy cały Boży dzień. Kolację mąż zjadł w restauracji, a ja w tym czasie czułam coraz mocniej ściśnięty z głodu żołądek. To nie mogło skończyć się dobrze.



Dnia następnego miałam silną chęć na coś słodkiego. Kupiłam więc batoniki wegańskie (same daktyle i kokos w składzie), które jednak sprowokowały lawinę. Batoniki poprawiłam ciastem, które przez cały tydzień dumnie unikałam, co zakończyło się silnym bólem żołądka. Chwilę potem utonęłam w rozpaczy.

Szczerze wierzę w uzdrawiajającą moc diety roślinnej. Nie znoszę ważenia każdego produktu i lubię wolność oraz eksperymentować w kuchni. Już dawno zostało udowodnione, że zwykłe diety rozpisane na kartkach przez dietetyków nie działają.  Za to ogromne, sycące porcje jedzenia roślinnego satysfakcjonują mój organizm i głowę. Moim jednak błędem było zbyt restrykcyjne obcinanie porcji. Lekcja odrobiona. Przestałam nawet na oko liczyć kalorie i jem bardzo dużo pełnego w błonnik jedzenia.



Kupiłam też kilka książek, które pomogą mi jeszcze bardziej zrozumieć czemu akurat dieta roślinna jest dla mnie najlepsza. W między czasie udoskonalam swój plan działania.

Jem trzy razy dziennie (lub więcej, jak np. teraz kiedy czekam wygłodniała na mocno spóźniony lunch zagryzając głód owocami i marchewką). Staram się jeść opcję diety niskotłuszczowej, więc unikam olejów, pestek i orzechów (w tym masła orzechowego). Śniadanie jest na słodko, np. placek z bananem lub owsianka. Do tego codziennie zielone smoothie. Obiad jest na słono. Jem zupy, sałatki, różne cuda warzywno-soczewicowo-fasolowe z kaszą lub ryżem albo ziemniakami. Obiad mój jest dosyć spory, czasem nawet poprawię pomarańczą z pracy (pracuję obecnie w pakowni cytrusów i mogę brać i jeść dowolną ilość tych owoców). Kolacja jest warzywno-owocowa.

Nie jestem pewna czy dostarczam sobie odpowiednią ilość białka. Kolację jednak wolę zjeść lżejszą, bo dalej mam niestety wzdęty brzuch. Myślę o kupieniu jakiegoś wspomagacza, bo jak widać - ten problem dalej się utrzymuje. Nie wiem czy to przez fasolę, czy bardzo duże porcje jedzenia. Nawet po kolacji złożonej z wielkiej pomarańczy i marchewek, po godzinie-dwóch miałam baardzo nieprzyjemne gazy (przepraszam za szczegóły, ale może ktoś też tak ma i nie poczuje się samotny ;)). Mąż stwierdził, że produkuję bomby nuklearne. To tak a'propos wesołego życia rodzinnego.

Wyniki pomiarów są zaskoczeniem. Myślałam, że przez moją wpadkę przytyłam, okazało się jednak, że schudłam pół kilograma! Spadły też centrymetry z biustu (-3 cm.), talii (-3 cm.), brzucha (-1 cm.), bioder (-1 cm.), ud (-1 cm.), a nawet kolan (-1 cm.)



Mój sobotni bieg pokonałam wolniej niż w zeszłym tygodniu (6.50 min/km), ale nie byłam tak mocno zmęczona, mimo, że przebiegłam 9 km. Ewidentnie poprawiła mi się kondycja.

Tydzień pierwszy [RAPORT]

Niby minął tylko tydzień odkąd postanowiłam zostać roślinożercą, ale mam silne poczucie, że moja samonapędzająca się rakieta lecąca prosto do mojego celu w końcu na dobre wystartowała.

Nie powiem, łatwo nie było. Już pierwszego dnia miałam wrażenie, że dałam ciała, bo po pracy - kiedy zazwyczaj ulegam przymusowi napadu głodu - zjadłam prawie pół słoika masła orzechowego, po czym miałam ogromne wyrzuty sumienia. Położyłam się spać z lekko przeciążonym żołądkiem myśląc w koło, że chyba przeliczyłam się w ocenie swojej motywacji.


Pierwszy dzień nowego stylu życia zakończyłam ostatecznie jako zwycięzca. Nie dobiłam się ciastem, który upiekł nic nie wiedzący o moim nowym planie mąż. Co ciekawe, już dnia następnego ważyłam 200 g. mniej.

Z każdym kolejnym dniem jadłam coraz mniej, bo szybciej czułam zadawalające nasycenie. Nie mam też poczucia straty, jak to zwykle bywa przy dietach odchudzających. Nie myślę o tym, czego nie mogę zjeść, tylko o tym, co mogę. Robiąc kolorowe sałatki czułam rosnącą ekscytację i kreatywność. Wchodząc do sklepu długo stoję przy stoisku warzywa-owoce biorąc prawie wszystko jak leci i potem komponując z tego podstawę wszystkich moich posiłków.

Z pozytywów odznaczyłam także zwiększenie wytrzymałości i energii. Przygotowuję się do półmaratonu. Dziś poprawiłam swój bieg o ponad 30 sekund na kilometr. Nie wiem jednak czy to sprawka diety, czy może omyłkowo zamówionej kawy kofeinowej, zamiast bezkofeinowej (unikam od około miesiąca kofeiny, bo nie chcę przeciążać nadnerczy). Czas pokaże.



Odczuwam także zaskakująco negatywne skutki diety roślinnej. Przede wszystkim po każdym posiłku mocno mnie wzdyma i wydzielam nieprzyjemne gazy, co zważywszy na to, że pracuję z ludźmi, jest dosyć kłopotliwe. Początkowo nawet miałam problem z wypróżnianiem, ale teraz to już historia. Wypróżniam się nawet trzy razy dziennie, czasem na zielono, co ponoć spowodowane jest chlorofilem zielonych warzyw. Ponoć nie ma się czym martwić. Pojawiło się także kilka wyprysków na mojej twarzy.

Martwi mnie wzdęty brzuch. Myślę, że mój organizm potrzebuje więcej czasu do dostosowania się do nowej diety. Do tej pory jadłam prawie dwa razy więcej białka, czego głównym źródłem był kurczak i jogurt grecki. Przyznam, że rezygnacja z jogurtu jest dla mnie na razie największym wyzwaniem, bo dotąd jadłam go codziennie. Nawet mając napad głodu zjadałam ogromne ilości jogurtu. Może nawet jogurt wspomagał moje trawienie.

Czas na podsumowanie. Waga spadła o 1.4 kg. W pasie i biodrach zeszło po 1 cm, zaś w udach 1.5 cm. Reszta bez zmian.

 

Dzień pierwszy

Jak już wspomniałam w swoim pierwszym poście, cały rok (albo i dłużej) zbierałam informację na temat diety roślinnej. Wiem, że najlepiej jest po prostu zacząć, bo im dłużej będę stała na linii startu wahając się, tym trudniej (o ile w ogóle) wystartuję.


Ruszłam więc. Początek chyba trochę wyglądał jak kopnięcie piłki powyższego chłopca, ale trudno. Nie ma odwrotu.

Pierwszego dnia zważyłam się, zmierzyłam i zrobiłam zdjęcia. Waga zawyrokowała: 78.5 kg. czyli o 10 kilogramów więcej niż dokładnie rok temu, kiedy przerwałam dietę Gacy z powodów złego samopoczucia, zmęczenia materiału i zatrzymania okresu. No nieważne.

Swój pierwszy dzień diety roślinnej zaczynam bez większych problemów zdrowotnych. Nie mam niedoborów (oprócz witaminy D, ale na to nawet w Australii ludzie cierpią), cukier, trójglicerydy, ciśnienie itd. w normie. Cera bez wyprysków, skóra sucha, trawienie w miarę bez problemów (w sensie zdarzają się wzdęcia, ale to z powodu przejedzenia), brak zgagi itp. Wypróżniam się od dwa-trzy razy dziennie do trzech razy w tygodniu, nie wiem skąd ta rozbieżność. Nie będę więc tu spektakularnym przykładem cudownego ozdrowienia na diecie roślinnej, zwłaszcza, że na co dzień jem sporo roślin, lubię warzywa i owoce, owsianki na śniadanie (z jogurtem greckim), surówki i zupy. Mimo to, czuję, że jest kilka aspektów mojego funkcjonowania, które mogę poprawić.

Przede wszystkim chcę schudnąc do prawidłowej wagi. Moim celem jest 60 kg. (mierzę 164 cm. wzrostu, więc nie dążę do wychudzonej sylwetki). Mam więc do zrzucenia 18.5 kg. Chcę to osiągnąć w ciągu roku.

Liczę też na przypływ energii. Nie jestem może z natury ospała, ale są dni, kiedy nie mam ochoty na nic. Jestem w miarę młoda (31 lat), uprawiam sport (biegam i trenuję w domu trzy razy w tygodniu) i chciałabym czuć większą energię i, co za tym idzie, mieć lepsze wyniki sportowe.

Poza tym mam nadzieję na poprawę kondycji włosów (mam baaardzo suche i łamliwe). Tyle z wyglądu. Po cichu liczę też na wyższą koncentrację i czystość umysłu (co ponoć obserwują u siebie weganie).

Równolegle pracuję nad samoświadomością i poskromieniem niezdrowych nawyków, które doprowadziły mnie do tego punktu, gdzie jestem teraz. No to ruszam!

O tym jak zdecydowałam przejść na dietę roślinną

Na temat diety roślinnej czytam, słucham podcastów i oglądam filmy przez ostatni rok. To chyba jedno z dłuższych przygotowań, do projektu, który z różnych powodów nie potrafił wystartować. Przede wszystkim miałam tysiąc wątpliwości i czułam strach, że nie dam rady, że jestem za słaba, niekonsekwentna i w ogóle beznadziejna. Najpierw jednak opowiem trochę o sobie.

Mam na imię Marta, mam 3 lat i obecnie mieszkam w małym miasteczku w Południowej Australii ze swoim mężem, którego poznałam w pracy (to była dość niecodzienna historia romansu szefa ze swoją pracowniczką, ale nieważne...). Kilka lat temu prowadziłam blog o odchudzaniu Amciam, gdzie pisałam o swojej diecie Montignaca, na której schudłam około 20 kg. Ten sposób żywienia oparty na produktach z niskim indeksem glikemicznym, miał być na całe życie i udowodnił mi, że mogę schudnąć jedząc ile chce, byle były to produkty jak najmniej przetworzone i byle nie łączyć węglowodanów z tłuszczami. Mimo, że była to moim zdaniem idealna dieta, zarzuciłam ją przez - jak to się mówi - zawirowania sercowe i gorzkie rozczarowanie, które leczyłam lodami i alkoholem. Później znowu schudłam dzięki innej diecie i ćwiczeniom na siłowni wspierana przez trenera personalnego. Potem wyleciałam na rok do Kanady, gdzie powoli, lecz konsekwentnie tyłam mimo kontynuacji treningu i prób utrzymania diety. Niestety w Kanadzie mimo dobrych rad od psychologa dalej zagłuszałam stres, poczucie samotności i różne lęki jedzeniem, czyli to, z czym borykam się od małego.

Od mniej więcej 10 roku życia prowadziłam milion diet, które trwały od jednego dnia do pół roku i skutkowały zawsze tym samym - jojo. Były to między innymi dieta niskowęglowodanowa, Weight Watchers, South Beach, Dąbrowskiej, tysiąca kalorii, głodówka, Kopenhaska, MŻ i tak dalej...i tak dalej...

Jeszcze niedawno, będąc już w Australii i mieszkając z moim obecnie już mężem, przez osiem miesięcy głodowałam na diecie Gacy, dzięki której schudłam 34 kg. (do 67 kg, a przytyłam potem w półtora miesiąca 10 kg). Po diecie Gacy, podobnie jak ponad 10 lat temu po kilkumiesięcznej głodówce, dopadł mnie tak zwany wilczy głód. Myślałam, że zwariowałam. Nie potrafiłam opanować się, cały czas myślałam o jedzeniu i miałam napady kompulsywnego objadania się od raz-dwa razy w tygodniu do raz na trzy tygodnie. Zaczęłam terapię z psychodietetykiem przez internet, która na koniec zawyrokowała: bulimia, a raczej spektrum bulimii (cokolwiek to znaczy).

Nie powiem, wystraszyłam się. Brzmiało jak wyrok. Potem zaczęłam myśleć, na jakiej podstawie to wywnioskowała. Otóż starałam się po Gacy jak najmniej przytyć. Sporo wcześniej czytałam o zdrowym odchudzaniu i wiedziałam, że dieta około 800-1200 kalorii dziennie plus witaminy i odżywki białkowe z tablicą Mendelejewa w składzie to nie jest dobry i zdrowy wybór. Po zaprzestaniu diety Gacy niemal od razu zaczęłam jeść w miarę zgodnie ze swoim zapotrzebowaniem (jadłam około 2200-2500 kalorii dziennie), dość intensywnie trenując przy tym 4-5 razy w tygodniu po pół godziny. Utrzymywałam dzięki temu wagę między 74 a 76 kg. Opowiedziałam jej, że po jakimś czasie czułam się przemęczona i przestałam ćwiczyć. Moja była już psychodietetyczka stwierdziła, że skoro przemęczyłam się, to znaczy, że mam bulimię sportową. Ka-bum.

Zaczęłam więc czytać o bulimii. Za grosz nie pasowałam do wzorca. Nie trenowałam po 6-8 godzin dziennie, ani nie głodziłam się. Najmniej wtedy jadłam może 1600 kalorii, ale dnia następnego nadrabiałam to. Nie dałam się namówić na terapię dla bulimików. Mam wrażenie, że myśl, że mam bulimię było dla mnie kolejną wymówką do objadania się (w końcu mam bulimię, więc jak niby miałabym umieć opanować się?....)

Teraz nie wierzę, że mam bulimię. Bardziej cierpię na kompulsywne/ emocjonalne objadanie się, co jest spowodowane przez nieodpowiednie diety, które, z jednej strony były zbyt restrykcyjne i spowodowały, że miałam nieodpartą chęć na wszystko co zakazane, a z drugiej być może zmieniły mój system hormonalny podwyższając poziom greliny (hormon głodu) i obniżając poziom leptyny (hormon sytości).

Wierzę, że to nie jest sprawa przegrana. Po niemal roku od zaprzestania diety Gacy i męczenia się z kompulsywnym objadaniem się czuję, że mój organizm powoli zaczął dochodzić do siebie. Znowu zaczęłam czuć ssanie w brzuchu z powodu głodu (wcześniej robiło mi się po prostu słabo) i łatwiej mi przychodzi opanowanie wilczego głodu, a właściwie mojego nawyku objadania się. Nie czuję już tak wielkiej potrzeby najedzenia się po korek. Zwykłe triki opanowujące niezdrowe myśli nawykowe przychodzą mi łatwiej. Nawet dziś stoczyłam wygraną walkę ze sobą, kiedy przyszła mi do głowy myśl w sklepie, że może dziś kupię sobie słodycze, bo od jutra zaczynam dietę roślinną, więc teraz czas na pożegnanie się z jedzeniem.

Zresztą...ileż to razy "żegnałam się z jedzeniem". Teraz ma być inaczej. Wiem dużo więcej na temat psychologii odchudzania się i utrzymywania zdrowego stylu życia. Już samo to, że przez rok toczyłam dzień w dzień bitwy ze swoim wilczym apetytem dało mi dużą wiedzę o sobie. Jestem gotowa na pewny i mocny krok do przodu. Jak to się jednak zaczęło?

W Australii weganizm jest bardzo popularny i nikogo już nie dziwi. Cały czas widziałam na Fejsbuku i Instagramie zdjęcia wegańskich potraw i super szczupłych weganek promujących ten styl życia, którego radykalizm i zakrawający czasem o fanatyzm mimo wszystko nie przekonywał mnie. Przypadkiem przeczytałam w gazecie artykuł na temat diety roślinnej, a potem już poleciało. Znajdywałam coraz więcej badań, artykułów, wypowiedzi naukowców, a także samych pacjentów i ich historii "cudownych ozdrowień". Coraz bardziej przekonywałam się, że najlepszą dietą zdrowotną jest oparta na produktach roślinnych.

Dieta roślinna często jest rozumiana jako dieta wegańska, czyli dieta wykluczająca produkty zwierzęce - mięso, nabiał, jajka i zazwyczaj miód. Dieta roślinna to jednak coś więcej, to dieta wykluczająca wszystkie produkty wysoko przetworzone i sztuczne. Dzięki temu można uniknąć niedoborów, w tym białka, bo zamiast jeść sztuczne wegańskie ciasteczka ze sklepu mamy pełnowartościowe posiłki złożone z pełnych zbóż, strączków, warzyw i owoców. Dietę tę również można dostosować do siebie i swoich potrzeb. Nie oznacza, jak w przypadku weganizmu, fanatycznego odrzucania wszystkiego, co mogło skrzywdzić biedne zwierzątka, tylko np. ograniczenie jedzenia mięsa zachowując przy tym zwiększone spożycie roślin (jeśli np. boisz się niedoboru witaminy B12, którą znajdziesz tylko w produktach zwierzęcych).

Całe szczęście jestem wielką fanką strączków, warzyw, owoców, kasz...i nie mogę doczekać się ekperymentowania w kuchni. No to w drogę! Czas na zasilanie roślinami!

Moje postępy

Dietę roślinną, pełnoziarnistą, nieprzetworzoną i bezolejną zaczęłam niemal dwa miesiące temu. Po drodze myślałam, że mimo nadwagi, mój tłu...