Tydzień drugi [RAPORT]

Zaledwie dwa tygodnie jestem na diecie roślinnej, a już przeżyłam wpadkę i zwątpienie w to całe przedsięwzięcie. Zamiast jednak zamknąć blog lub udawać, że nic się nie stało, wstałam z gleby, otrzepałam okruszki i poszłam dalej. Wyniki są zaskakujące.

Cały pierwszy tydzień przebiegł mi rewelacyjnie. Liczyłam kalorie, których z każdym dniem entuzjastycznie ograniczałam. W sobotę przebiegłam 8 kilometrów z dużo większą prędkością niż zazwyczaj (o czym pisałam tutaj), a potem nie zjadłam kolacji, bo pojechałam z mężem na zakupy do innego miasta, gdzie spędziliśmy cały Boży dzień. Kolację mąż zjadł w restauracji, a ja w tym czasie czułam coraz mocniej ściśnięty z głodu żołądek. To nie mogło skończyć się dobrze.



Dnia następnego miałam silną chęć na coś słodkiego. Kupiłam więc batoniki wegańskie (same daktyle i kokos w składzie), które jednak sprowokowały lawinę. Batoniki poprawiłam ciastem, które przez cały tydzień dumnie unikałam, co zakończyło się silnym bólem żołądka. Chwilę potem utonęłam w rozpaczy.

Szczerze wierzę w uzdrawiajającą moc diety roślinnej. Nie znoszę ważenia każdego produktu i lubię wolność oraz eksperymentować w kuchni. Już dawno zostało udowodnione, że zwykłe diety rozpisane na kartkach przez dietetyków nie działają.  Za to ogromne, sycące porcje jedzenia roślinnego satysfakcjonują mój organizm i głowę. Moim jednak błędem było zbyt restrykcyjne obcinanie porcji. Lekcja odrobiona. Przestałam nawet na oko liczyć kalorie i jem bardzo dużo pełnego w błonnik jedzenia.



Kupiłam też kilka książek, które pomogą mi jeszcze bardziej zrozumieć czemu akurat dieta roślinna jest dla mnie najlepsza. W między czasie udoskonalam swój plan działania.

Jem trzy razy dziennie (lub więcej, jak np. teraz kiedy czekam wygłodniała na mocno spóźniony lunch zagryzając głód owocami i marchewką). Staram się jeść opcję diety niskotłuszczowej, więc unikam olejów, pestek i orzechów (w tym masła orzechowego). Śniadanie jest na słodko, np. placek z bananem lub owsianka. Do tego codziennie zielone smoothie. Obiad jest na słono. Jem zupy, sałatki, różne cuda warzywno-soczewicowo-fasolowe z kaszą lub ryżem albo ziemniakami. Obiad mój jest dosyć spory, czasem nawet poprawię pomarańczą z pracy (pracuję obecnie w pakowni cytrusów i mogę brać i jeść dowolną ilość tych owoców). Kolacja jest warzywno-owocowa.

Nie jestem pewna czy dostarczam sobie odpowiednią ilość białka. Kolację jednak wolę zjeść lżejszą, bo dalej mam niestety wzdęty brzuch. Myślę o kupieniu jakiegoś wspomagacza, bo jak widać - ten problem dalej się utrzymuje. Nie wiem czy to przez fasolę, czy bardzo duże porcje jedzenia. Nawet po kolacji złożonej z wielkiej pomarańczy i marchewek, po godzinie-dwóch miałam baardzo nieprzyjemne gazy (przepraszam za szczegóły, ale może ktoś też tak ma i nie poczuje się samotny ;)). Mąż stwierdził, że produkuję bomby nuklearne. To tak a'propos wesołego życia rodzinnego.

Wyniki pomiarów są zaskoczeniem. Myślałam, że przez moją wpadkę przytyłam, okazało się jednak, że schudłam pół kilograma! Spadły też centrymetry z biustu (-3 cm.), talii (-3 cm.), brzucha (-1 cm.), bioder (-1 cm.), ud (-1 cm.), a nawet kolan (-1 cm.)



Mój sobotni bieg pokonałam wolniej niż w zeszłym tygodniu (6.50 min/km), ale nie byłam tak mocno zmęczona, mimo, że przebiegłam 9 km. Ewidentnie poprawiła mi się kondycja.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...