Moje postępy

Dietę roślinną, pełnoziarnistą, nieprzetworzoną i bezolejną zaczęłam niemal dwa miesiące temu. Po drodze myślałam, że mimo nadwagi, mój tłuszcz jest na tyle oporny, że nawet zbawienne rośliny tu nie pomogą. Waga zatrzymała się przy 76 kilogramach. Postanowiłam nie przejmować się tym i nie zbliżać się więcej do niej, bo - jak mi doświadczenie podpowiada - frustracja powoduje, że rzucam wszystko w kąt, by potem zacząć od początku. Chcę za wszelką cenę zakończyć to diabelskie koło.


Tydzień temu, pod wpływem książki Szczęśliwe jelita postanowiłam zmodyfikować swoją dietę. Przez 28 dni, oprócz założeń diety roślinnej, również nie jem glutenu, soji, strączków, pomidorów, białych ziemniaków, papryki i innych psiankowatych, kukurydzy, a także ograniczam owoce do pomarańczy, zielonych jabłek i owoców leśnych.

Zaczęłam w końcu brać probiotyki (chyba jednak za późno, bo po miesiącu diety roślinnej ustały kłopotliwe gazy) oraz l-glutaminę w proszku trzy razy dziennie. Daruję sobie aloes i białko w proszku zalecane przez autora książki, bo choćby nie wiem jak opakowanie nie obiecywało - zawsze tam wrzucą coś niepotrzebnego i chemicznego, głównie słodzik. Co do aloesa - jest on po prostu drogi ;).

Autor Szczęśliwych jelit zaleca jeść nieprzetworzone mięso jako źródło białka. O białku może napiszę kiedy indziej, tu ograniczę się do stwierdzenia, że nawet bez mięsa i fasoli nie czuję jakbym jadła go za mało, głównie dzięki orzechom, których na okres 28 dni zwiększyłam konsumpcję, oraz ciecierzycy, którą też można jeść.

Co obecnie jem? Podam swoje przykładowe menu:
Śniadanie: gotowane płatki ryżowe brązowe z dozwolonym owocem, garść orzechów (oprócz ziemnych), czasem zielone smoothie z jarmużu, selera itp.
Obiad: surówka z ciecierzycą albo gularz warzywny z ciecierzycą i jakąś kaszą bezglutenową. Mandarynki.
Kolacja: Makaron ryżowy brązowy z sosem grzybowym (jako zagęstnik stosuję mąkę arrowrootową - nie wiem czy dostępna w Polsce), albo to samo co na obiad.

Najbardziej tęsknie za bananami i innymi owocami. No i mąką, pełnoziarnistymi wrapami itp...denerwuje mnie też brak pomidorów i papryki w tym chili. Wątpie, że mój żołądek nie radzi sobie z nimi, ale warto iść za ciosem i to sprawdzić. Wiem, że mogę czasem zjeść mięso, głównie jako źródło witaminy B12, ale zupełnie za nim nie tęsknie. Podejżewam, że moje zapasy witaminy wystarczą jeszcze na długo.


Oczywiście dopadają mnie też wątpliwości w sklepie, zwłaszcza w dziale ze słodyczami, ale 28 dni to przecież nie całe życie, a inaczej nie dowiem się czy to czasem nie gluten nie powoduje u mnie zatrzymania wagi.

No właśnie...waga. Postanowiłam, wbrew zaleceniom w książce, nie mierzyć się ani nie ważyć przed dietą. Piątego dnia jednak złamałam swoją obietnicę i z duszą na ramieniu wskoczyłam na wagę, by zobaczyć...73.6 kg! Myślałam, że to może wynik odwodnienia, bo wcześniej cierpiałam na biegunę, która szokująco często u mnie pojawia się odkąd zaczęłam dietę roślinną (często, czyli jak dotąd 3 razy). Następnego dnia jednak waga dalej wskazała ten sam wynik. Niestety nie wiem czy to efekt zaostrzenia diety, czy po prostu moje plateau minęło.

(tu biegam podczas lokalnego wydarzenia parkrun, czyli cotygodniowego wyścigu 5 km. Zdjęcie zrobione ze 2-3 tygodnie temu)

Ogólnie, wbrew pozorom, nie czuję się lepiej dzięki diecie roślinnej. Czasem jestem cały dzień osłabiona, szybkość biegu ostatnio mi się pogorszyła, dalej bolą mnie plecy, doszły też bóle mięśni, do tego coraz częściej mam problemy z żołądkiem. Gazy na szczęście minęły, za to pojawiły się już wspominane biegunki. do tego czasem boli mnie żołądek i mam poczucie ciężkości w nocy. Mam jednak nadzieję, że to toksyny uciekające z topniejącego tłuszczu. Czas pokaże.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moje postępy

Dietę roślinną, pełnoziarnistą, nieprzetworzoną i bezolejną zaczęłam niemal dwa miesiące temu. Po drodze myślałam, że mimo nadwagi, mój tłu...