Dieta to nowoczesna religia

Ludzie mają tendencje do trzymania się razem i rozgraniczania mas na "nas" i "innych". "My" uważamy się za lepszych i walczymy z "innymi" - gorszymi, głupszymi i tymi, którzy nam zagrażają z różnych powodów. Do walk między plemiennych, między różnymi państwami, kulturami, religiami, rasami i tak dalej doszła nowa wojna toczona w bogatej, wykształconej i głównie zachodniej części świata - wojna dietetyczna. Świat ludzi z nieograniczonym dostępem do internetu, sporą ilością czasu do zmarnowania i potrzebą poprawy wyglądu został podzielony na dwie najpopularniejsze diety: weganizm i dietę paleo.


Wyznawcy weganizmu uważają "paleoizm" za barbarzyństwo oraz wyraz najwyższej głupoty i ignorancji. Ze wzajemnością zresztą. Obie współczesne religie wierzą w swoje dogmaty jako te właściwe, rzetelne, logiczne i zgodne z nauką i ludzką naturą. Obie diety mają prowadzić do zdrowia, szczęścia i życia w harmonii ze światem. Jedząc to co nakazują ich główne przykazania możemy spodziewać się niemal natychmiastowego wniebowstąpienia, braku bólu, zastrzyku energii, szczupłej, witalnej sylwetki, lśniących włosów, świetlistych sokolich oczu i długich, mocnych jastrzębich paznokci. Wszystko to oczywiście bez wysiłku i wyrzeczeń. Wystarczy przestrzegać główne przykazania aby żyć w stanie wiecznej szczęśliwości.

My - weganie - patrząc na opychających się mięsem i popijających rosołem paleo wyznawców żegnamy się i stawiamy im krzyżyk na drogę przepowiadając grobowym głosem ich rychłą śmierć z powodu ataku serca w wieku 40 lat. Paleo-wyznawcy robią to samo mówiąc, że chudzi (oprócz pewnej Roślinożerczyni z nadwagą ;)) weganie zagłodzą się na śmierć z powodu niedoboru białka i niezbędnych kwasów tłuszczowych.

Diety zostały podzielone na różne odłamy i herezje, które próbują siebie wytępić albo przekonać do swojej jedynej racji. Weganie dziś to wysokowęglowodanowcy i jedzących tłuszcz roślinny, etyczni, weganie bez oleiści, weganie roślinni, bezgluenowi, bezcukrowi, bezmączni, bezkofeinowi, weganie jedzący surowe rośliny przez cały dzień, albo tylko do godziny 16 (albo innej) i tak dalej i tak dalej. Każde z odłamów ma swoje bóstwa-lekarzy, którzy przekazują swym prorokom-blogerom i youtuberom wyniki swych badań, a to wszystko jest promowane przez guru-instagramowych influencerów i influencerki. Wyznawcy czytają nowe książki bóstw-lekarzy z nabożną i bezkrytyczną czcią, a nowe posty proroków z gorliwą pobożnością.

Weganie gromadzą się w świątyniach - kuchniach gdzie w ciszy lub przy muzyce ambient można pomedytować z kubkiem herbaty matcha nad słoikiem z nasionami chia bądź jagodami goji, co - według naszych bogów przywołanych przez blogowych błogosławionych proroków - prowadzi do obniżenia ciśnienia i poziomu kortyzolu we krwi. W kuchnio-świątyniach odbywają się trzy razy dziennie nabożeństwa podczas których kapłan-kucharz karmi swe baranki ciałem-boga: organicznym jarmużem z kosmosą ryżową, batatami i kurkumą popijając krew-boga: kombuchę. Po posiłku wszyscy w poczuciu najwyższego nasycenia wszystkimi niezbędnymi makro- i mikroelementami rozprawiają na temat swego oświecenia, życia w pokoju i przyczynienia się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla.

W tym świecie pełnym pokoju i braku przemocy oraz wolności hodowlanych zwierząt wciąż jednak niektórzy zmagają się z grzechem i osamotnieniem żyjąc w poczuciu porażki i niechybnego potępienia przez skalanie swego ciała pączkiem albo - nie daj boże - jogurtem greckim, przez które codziennie cierpią nieskończone ilości krów mlecznych. Grzechy swe wyznają ze łzami w oczach w konfesjonałach - forach internetowych albo fejsbukowych grupach, gdzie inni wspomagają zbłąkane dusze polecając głodówkę oczyszczającą lub chociaż przerywany post. W końcu sam nasz pan bóg doktor weganin przekazał swą oświeconą mądrość naszym prorokom mówiąc: zaprawdę pijcie wodę tylko przez minimum trzy dni a umysł wasz i kubki wasze smakowe zostaną oczyszczone ze złych myśli i złych uczynków...

W między czasie w pewnej niedużej australijskiej mieścinie żyje pewna polska emigrantka - wyznawczyni diety roślinnej, która - podobnie jak dwa tysiące lat temu pierwsi chrześcijanie - jest otoczona przez barbarzyńców żyjących w grzechu i niezgodnej z jej poglądami wiarą w diety mcDonalds i Domino's pizza. Ku jej przerażeniu, barbarzyńcy ci składają co niedziela ofiarę nabożną z baraniny na grillu zalewanej piwem. Emigrantka odmówiła uczestnictwa w tych doprowadzających ją do konwulsji praktykach, barbarzyńcy więc uznali ją za wariatkę obżerającą się trawą. Tak, są jeszcze na świecie takie miejsca, gdzie weganów, a nawet paleo wariatów ze świecą szukać...

Któregoś dnia, obok niej w pracy, usiadła przyjazna dusza z szokującą w tym pogańskim świecie miseczką owoców i garścią orzechów na lunch. Nieśmiało zauważyła też butelkę wody i ekologiczny kubek na herbatę ziołową.

- Czyżby bratnia dusza? - pomyślała emigrantka zagadując płochliwie na temat ekologicznego kubka, który okazał się znakiem rozpoznawczym osób świadomych zdrowego stylu życia jak niegdyś ryba dla chrześcijan. Po krótkiej wymianie zdań prawda wyszła na jaw. Dusza okazała się bratnią, a nawet...wegańską. W końcu wśród tlumu barbarzyńców szydzących z niej podczas lunchu i wytykających palcami ogromne ilości szpinaku z jarmużem emigrantka ma w kimś wsparcie. Życie stało się teraz odrobinę mniej ciężkie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...