Wycinki z gazet

Kiedy pracuję na popołudniowe zmiany lub mam dzień wolny, mój dzień zaczyna się od pysznego śniadania (dziś batatowe brownie z sosem kakaowym...mało słodkie, ale sycące), potem poranna prasówka i fejsbuk przy herbatce bądź kawce zbożowej, a kiedy już nasycę się wiadomościami i jedzeniem zabieram się za sprzątanie, pranie, gotowanie i bieganie.

Na mój główny, oficjalny mail codziennie dostaję porcję newsletterów polskich i australijskich gazet, a na "spamowy" trafiają newslettery z wegańskich blogów, podcastów i kanałów youtube. Nie od dziś wiadomo, że każdy ma wirtualne filtry nałożone przez informatyczne korporacje dostosowane indywidualnie do naszych przekonań. Przekonania te są odkrywane przez śledzenie historii wyszukiwań, "klików" i "lajków". Dziś przykładowo na ścianę mojego fejsbuka, oprócz reklam ciuszków, klubów fitness, kursów dietetyki i "schudnij 10 kg w miesiąc" trafiła wiadomość, że po raz kolejny udowodniono, że dieta paleo zagraża zdrowiu serca i prowadzi do zawału. Oczywiście kliknęłam i przeczytałam utwierdzając się w przekonaniu, że dieta roślinna jest najlepsza na świecie.


Od czasów studiów nauczyłam się, że do informacji w internecie trzeba podchodzić bardzo ostrożnie, a do nagłówków brzmiących mniej więcej tak: "odkryła sekret szczupłej sylwetki, doktorzy jej nienawidzą" co najmniej z rezerwą. Mimo to, dalej łapię się na chwyty marketingowe i kupię cud pigułkę, która stopi ze mnie tłuszcz. Tak samo mam z kolejnymi wariacjami diety roślinnej. Dziś przykładowo przeczytałam o super diecie żony dr McDougall - słynnego amerykańskiego internisty propagującego dietę niskotłuszczową. Jego żona wymyśliła bardziej restrykcyjną odmianę jego diety składającej się tylko ze skrobii, warzyw i minimalnej ilości owoców.

Z punktu widzenia naszych przodków ma to sens. Jestem Polką, a moi Słowiańscy przodkowie zajadali się głównie ziemniakami harując ciężko w polu. Roślinni doktorzy pomijają jednak nasze mleko (w tym zsiadłe), boczek i smalec, które może i było tylko dodatkiem do diety, ale jakże ważnym! Podobnie sprawa ma się z dietą opartą tylko na ziemniakach i warzywach. Współcześnie otyłe osoby przechodzą na dietę ziemniaczaną mówiąc, że przecież Słowianie żyli w pełnym zdrowiu i sił witalnych jedząc ziemnioki z kapuchą. Czytając jednak książki historyczne dowiaduję się, że Polacy polewali z lubością wszystko tłuszczem zwierzęcym i posypywali skwarkami, a Ci którym gorzej się wiodło i którym zabrakło kawałka boczka byli po prostu...niedożywieni.


Podobnie jest z mieszkańcami tak zwanych stref niebieskich (blue zones), czyli obszarów, gdzie mieszkają ludzie żyjący najdłużej na świecie. Tych stulatków, oprócz picia od czasu do czasu wina i jedzących bardzo małych ilości - ale jednak! - mięsa, od doktorów roślinnych różni małe stresowanie się dietą. Wyobraźcie sobie ich zdziwienie, kiedy Dan Buettner, naukowiec National Geographic, zadawał im pytanie co jedzą na co dzień. W większości były to skrobia z fasolą i warzywami z oliwą z oliwek. Doktorzy weganie uważają, że oliwa z oliwek to przetworzone i mało wartościowe źródło tłuszczu, które warto wyeliminować z diety. Podobnie z winem, które jest trucizną. I weź tu człowieku bądź mądry.

Jesteśmy codziennie zasypywani informacjami, a im więcej tego czytasz tym bardziej informatyczne korporacje będą Cię nimi uszczęśliwiać. Jeśli masz podobny charakter co ja możesz skakać entuzjastycznie z jednej diety w drugą, a w efekcie kręcić się jak pies próbujący złapać swój ogon. Możesz też wybrać jednego boga-weganina i podążać za jego wytycznymi z zamkniętymi oczami bądź próbować sama ułożyć sobie dietę według różnych źródeł.


Ja wybrałam trzecią opcję. Po przeczytaniu artykułu o diecie żony McDougall, która opowiedziała o szczupłych i krewkich Polakach na diecie ziemniaczanej przypomniałam sobie o skwarkach i maślance, a także o tym, że po dwóch tygodniach diety niskotłuszczowej rzucam się na masło orzechowe jak zombi na mózg naukowca. Dr Fuhrman - mój główny bożek-weganin - uważa, że powinnam jeść o jakiś 1 tys. kalorii mniej niż jem, ale po tygodniu takiej diety mam napad głodu, więc wolę jeść aż do przyjemnego uczucia sytości i momentu, kiedy czuję przypływ energii i mogę dalej skakać i latać. Tę sytość czuję po zjedzeniu odpowiedniej ilości tłuszczu - głównie z orzechów. Mogłabym z tym walczyć i być wiernym pobożnym naśladowcą doktora Fuhrmanna, ale...moje ciało mówi co innego.

Podobnie ostrożnie podchodzę do swojego zdrowia psychicznego. Doktorzy weganie często pomijają ten aspekt zarzucając nas nakazami i zakazami w stylu: jedz codziennie grzyby i jagody, maksymalnie garść pestek oraz 1 miseczkę zbóż. Takie wytyczne nie służą mi. Wolę bardziej podejście intuicyjnego jedzenia i zasypywanie siebie nieprzetworzonym jedzeniem bezmięsnym, głównie dlatego, że po zjedzeniu mięsa boli mnie żołądek, a nie - bo bóg weganin tak chciał. Tak samo luźno podchodzę do swojego tygodniowego planowania posiłków. Przykładowo w zeszłym tygodniu odczuwałam większy pociąg do czegoś słodkiego i kalorycznego. W tym tygodniu więc postanowiłam ustalić, że na kolację zjem ciasto marchewkowe, ale kiedy przyszła pora do pieczenia, stwierdziłam, że bardziej mam ochotę na surówkę z lekkim sosem. Według niektórych guru powinnam trzymać się swojego planu choćby nie wiem co, ale chcę podążać za sygnałami swojego organizmu, bo odkryłam, że NAPRAWDĘ mój organizm nie chce jeść samych batonów, chipsów i lodów. Teraz na samą myśl o nutelli robi mi się niedobrze, jednak nie ma co za wcześnie świętować. Wiem, że po zjedzeniu paczki ciastek i chwilowym mdłościom znowu byłabym w pułapce cukrowego haju, z którego musiałabym wychodzić minimum tydzień.


To jest także powodem dla którego nie podążam za radami niektórych guru od zaburzeń odżywiania, które mówią, że lepiej pozwolić sobie na ciastko niż cały dzień odmawiać sobie, usilnie ze sobą walczyć, a potem płakać po zjedzeniu pudełka lodów i całej paczki wafelków. Moja - była już - psychodietetyczka kazała mi dołożyć do codziennego planu diety rządek czekolady, a kiedy odmówiłam zasugerowała, że to objaw zaburzenia. Teraz wiem, że moje napady głodu podczas jej diety nie były spowodowane niezjedzeniem kawałka czekolady, a zwykłym niedoborem kalorii, czyli mówiąc wprost - głodem. Według niej powinnam jeść codziennie tyle-a-tyle kalorii ignorując głód i apetyt. Wiedziałam, że na małym kawałku czekolady się nie skończy, bo wygłodniała rzuciłabym się na całą tabliczkę mówiąc sobie, że jestem chora psychicznie i nic mi nie pomoże.

Od półtora miesiąca skupiam całą swoją uwagę na swoim ciele, głównie żołądku. Już mniej stresuję się poczuciem pełności po posiłku, bo takie coś równie często zdarza się po wielkiej misce surówki jak i pełnowartościowym obiedzie. W efekcie zaczęłam jeść ile chcę, pełne, mało przetworzone wegańskie jedzenie, przestałam liczyć kalorie by się nie stresować i z pasją zaczęłam gotować i piec, a potem jeść aż do poczucia sytości i zadowolenia. Kiedy potykam się (na przykład zjem aż do poczucia nieprzyjemnej ciężkości), przypominam sobie, że w półtora miesiąca nikt nie nauczyłby się biegać maratonu, więc wybaczam sobie, wyciągam wnioski i idę dalej. Gdzieś z tyłu głowy zapamiętuje informacje, że jeśli chcę schudnąć lepiej nie jeść tyle tłuszczu, jednak na razie spokojnie sobie spaceruję. Jeszcze przyjdzie czas na bieg maratonu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...