Hakowanie umysłu

Co jakiś czas oglądam vlogi i czytam blogi osób, które z sukcesem pozbyły się nadwagi na diecie roślinnej. Często powtarzają, że żałują, że nie wiedziały czegoś tam ileś tam lat temu, bo to by im pozwoliło zaoszczędzić kupę czasu i nerwów. Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać - co bym powiedziała sobie - 17 letniej zahukanej nastolatce, która po raz pierwszy schudła do prawidłowej wagi?


Mam z tym pytaniem pewien problem. Niedługo stuknie mi trzydziestka-dwójka, więc mogę powiedzieć, że już siebie trochę znam. Wiem na przykład, że mało których rad słucham i najlepiej utrwalam wnioski, do których sama dochodzę. Mogłabym sobie powiedzieć, że na diecie 500 kalorii daleko nie zajdę i zaraz wszystko mi wróci, ale...już chyba wtedy o tym wiedziałam z gazet. Myślałam, że jestem mądrzejsza od tych, którzy nie potrafią siebie kontrolować i że jakimś cudem przemówię do swojego rozsądku. Dziś wiem, że rozsądek w tym momencie jest wyłączony, a do głosu dochodzi pierwotny instynkt dążący do przetrwania. To tak jakbym próbowała siłą woli wstrzymać oddech na 10 minut.

Dziś też wiem, że dobrze jest znać swoją osobowość i temperament. Zamiast walczyć z przywarami, próbuję je "oswoić". Jedną z moich cech jest wysoka otwartość na doświadczenie (jedno z tak zwanej Wielkiej Piątki czyli pięcioczynnikowego modelu osobowości). Co to oznacza w praktyce? Że lubię eksperymentować, szybko się nudzę i ciągle mam ochotę zmieniać dietę, co oczywiście powoduje pewne komplikacje. Do tego jestem mało sumienna, więc mamy przepis na totalną katastrofę. Zamiast jednak załamywać ręce i poddać się płacząc z powodu okropnej osobowości albo - jeszcze gorzej - próbować ją zmieniać (osobowość ciężko jest samemu zmienić, chociaż - co ciekawe - ona sama ulega zmianie wraz z wiekiem) - można tę wiedzę wykorzystać i dostosować się do niej. W moim przypadku to eksperymentowanie w kuchni w ramach diety roślinnej. mam już z 500 przepisów, które ciągle próbuję, łącznie z deserami, których do tej pory sobie zabraniałam.


Mam wrażenie, że trochę sobie odpuściłam. Mam mniejsze wyrzuty sumienia, kiedy zjem coś nadprogramowo mówiąc sobie, że dziś mój organizm potrzebuje więcej energii. Zaczęłam bardziej ufać sobie. Wiem, że po upieczeniu blachy brownie nie zjem je w całości, a nawet jeśli to potem będę przez cały dzień i połowę kolejnego pełna jak bąk i niczego nie tknę. Wiem, że nawet po tostach z masłem orzechowym nie rzucę się jak głupia na jedzenie i przytyję, tylko będę czuła dłużej sytość.

Nie jestem jednak całkiem pewna siebie. Obiecałam sobie, że nie będę się ważyć ani mierzyć. Jeszcze nie czuję się w 100% na siłach żeby przyjąć na klatę, że nic, albo prawie nic nie schudłam, chociaż widzę w lustrze, że wyglądam i czuję się podobnie jak sprzed wyjazdu do Polski. W moim miasteczku siłownia proponuje mierzenie super wagą, z której ponoć korzystała NASA. Jeszcze miesiąc temu bez wahania rzuciłabym się na to, ale teraz wiem, że te cyfry mogłyby mi tylko zaszkodzić. Jeśli na przykład okaże się, że ważę mniej niż myślałam - zjem sobie coś więcej, bo dieta działa. Jeśli zaś zobaczę na wadze więcej - zjem więcej, bo dieta nie działa. Najważniejsze to jest być ze sobą szczerym. Myślę, że dokładny dziennik diety (może nie samego jedzenia, ale samopoczucia) daje mi większą kontrolę nad tym co się dzieje w mojej diecie. Szczerze też zapisuje jakie "haki umysłowe" na mnie nie działają - na przykład mycie zębów po posiłku. Nie wiem czemu, ale zawsze znajdę wymówkę - a to kawka/ herbatka, a to nie ma potrzeby...i co z tego, że samo umycie zębów działa bez zarzutu? Za każdym razem nie zjem potem nawet małego rodzynka. Trzeba być zawsze ze sobą szczerym. (a i jakby co - myję rano i wieczorem, żeby nie było, hehe).


Dopiero minął miesiąc, więc nie chcę zbyt pochopnie wysuwać wniosków, ale moje napady obżarstwa mogły być spowodowane między innymi wyrzutami sumienia i poczuciem, że jestem porażką. Im bardziej ufam sobie i swojemu organizmowi tym jestem pewniejsza siebie i szczęśliwsza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Mam kryzys

Nie ważę się ani nie mierzę, bo nie chcę się denerwować. Nikt mi jednak nie zabrania patrzenia w lustro. Od kilku dni spoglądam i zamieram. ...