Jesteśmy tylko ludźmi

Wciąż czuję się doskonale co objawia się u mnie zwiększoną energią, także po posiłku. Dalej nie ciągnie mnie do sklepowych słodyczy, a kiedy mam ochotę na coś słodkiego jem owoce (w tym suszone), albo robię roślinny deser (np. wczoraj na kolację zjadłam ciecierzycowe ciastka, takie sobie w sumie, mało słodkie, chyba potrzebuję więcej czasu by odzwyczaić się od cukru).

Cały czas martwi mnie, że jem dużo za duże porcje i generalnie za dużo kalorii, głównie pewnie przez orzechy i owoce suszone, które wciąż podjadam. Żeby uspokoić głowę, która błaga o wielką ilość żarcia, robię sobie ogromne surówki, które żuję jak krowa na pastwisku przez pół godziny. Co śmieszne, na samą myśl o wielkim obiedzie czuję ekscytację. Uwielbiam surówki, serio.

Najważniejsze żeby cały czas pamiętać, że to nie dieta, tylko styl życia i nie wyścig tylko maraton. Do tego wniosku naprowadził mnie między innymi dr Doug Lisle - autor książki The Pleasure Trap (w tłumaczeniu Pułapka Przyjemności, chyba niedostępna w wersji polskojęzycznej). Wyjaśnia tam jakie czyhają na nas pułapki zdrowego jedzenia, co tak naprawdę rozwijało się już od czasów jaskiniowych. Książkę polecam, ale oprócz niej także śledzenie autora na Youtube. Podczas niedawnego wywiadu mówi żeby dążyć do doskonałości, co niekoniecznie oznacza bycie idealnym. Na pytanie, co zrobić po zjedzeniu czegoś niezdrowego powiedział, że nikt nie musi być perfekcyjny żeby czerpać korzyści zdrowotne z diety roślinnej. Wpadki są, były i będą. Oduczanie się nawyków to długotrwały i złożony proces, a wpadki lepiej traktować jako naukę niż porażkę.

To mnie trochę pocieszyło. Dalej mam też wrażenie, że puchnę, a brzuch mam nabrzmiały jakbym była w ciąży. Trenuję, biegam 5 razy w tygodniu, ale i tak pewnie jem więcej niż potrzebuję, zwłaszcza, że każdy mój posiłek to jedna wielka wigilijna uczta roślinna. Najgorsze jest to, że jem nie tylko ilościowo, ale też "kalorycznie". Przykładowo dziś na śniadanie miałam w planie pudding chia po którym nie byłam usatysfakcjonowana więc zjadłam tosta pełnoziarnistego z namoczonymi daktylami (zamiast masła orzechowego, hurra!). Po przeliczeniu w myślach kalorii doszłam do wniosku, że pudding chia miał po prostu mniej kalorii niż moje wcześniejsze śniadania stąd "miejsce w żołądku" na coś ekstra. Czy to znaczy, że tyle po prostu potrzebuję, czy tyle nauczyłam się jeść?

Żeby zmienić złe nawyki odżywiania (w tym podjadanie) doktor Lisle poleca rzucenie się na głębok wodę i zmianę wszystkiego na raz, bo bardzo często złe nawyki są ze sobą związane (jak palenie papierosów i picie kawy po przebudzeniu). Ja jednak odczuwam ogromny opór, może przez wciąż niezagojone rany po "idealnej" diecie Gacy. Boję się, że jak tylko wejdę na wagę i zacznę liczyć i ograniczać kalorie, objem się i będzie koniec diety, hurraaa dawać te pączki i czekoladki!! Z tego też powodu bliższe jest mi podejście Darren'a Hardy'ego, autora książki "Efekt Kumulacji", gdzie promuje on małe, niemal niezauważalne zmiany nawyków, które z czasem zaczną się kumulować i procentować, a najlepsze: z minimalnym z Twojej strony  poczuciem dyskomfortu.

Zgodnie z tą ideą, swój pierwszy miesiąc poświęciłam na wprowadzenie nowej diety, a drugi jest jej utrwaleniem i przyjrzeniem się na spokojnie swoim nawykom żywieniowym (stąd też coraz częściej jęczę, że jem za dużo). W trzecim miesiącu chcę oduczyć się podjadania orzechów i owoców suszonych, które mogą powodować moją nadwyżkę energii. Moim nowym pomysłem jest kupowanie wyznaczonej w przepisie ilości produktów i nie kupowanie "na zapas".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...