Tym razem będzie inaczej

Wszem i wobec ogłaszam (zwłaszcza mojemu mężowi, który oprócz bloga, jest jedynym słuchaczem moich jęków) że nie poddaję się.

Musiałam ze sobą poważnie i szczerze porozmawiać. Powiedziałam wewnętrznemu dziecku, że przecież lubię swoje jedzenie i nie zrobiłabym sobie przysługi zamieniając jednorazowo pysznych lodów bananowo-kakaowych na jakieś śmieciowe batony ze stacji benzynowej, czy mojego ostatnio ulubionego dyniowego chili z ciecieżycą na dmuchany chleb tostowy z margaryną i serem. Szczerze też przyznałam, że nie odmawiam sobię orzechów czy suszonych owoców, więc nie ma mowy o nie-wiadomo-jakich restrykcjach. BO ICH NIE MA. Jem obłędnie smaczne jedzenie (chyba, że mi nie wyjdzie), a odżywiając się w czasach kiedy byłam otyła, nawet nie gotowałam, tylko kupowałam sobie na kolację bułkę słodką, jakieś batony i kubełek lodów. Czy takie jedzenie jest serio lepsze od tego co jem teraz? Czy smakowało lepiej? I przede wszystkim: czy czułam się po tym lepiej niż teraz?

OK, może nie schudnę na tej diecie. Może musiałabym wrócić do diety Gaca, albo zrobić jakieś keto dziwactwo żeby schudnąć, co w tym momencie, z moim rozchwianiem, graniczyłoby z cudem. Mimo to, mam całą listę pozytywów po bagatela niecałych dwóch miesiącach diety roślinnej. Mam więcej energii, nie mam bólów menstruacyjnych, mam lepszą skórę na twarzy, mam wrażenie, że moje zmysły się wyostrzyły, no i przede wszystkim: lepiej o sobie myślę.

Skąd więc ten wielki brzuch? Po pierwsze oczywistość: jem za dużo nawet roślinnego jedzenia, co może się poprawić z czasem, jak tylko nasycę się tymi wszystkimi pysznościami. Mi nawet wielka surówka sprawia przyjemność i potrafię zjeść ogromną ilość warzyw, od których przecież się nie tyje, ale po szoku błonnikowym brzuch może nieźle wywalić. Od początku też jem baardzo dużo fasoli, co przecież wzdyma. Czytałam też, że niektórzy w pierwszych miesiącach tyją, albo ich waga stoi, bo organizm musi dostosować się do nowej diety. Ja od razu rzuciłam się na głęboką wodę i zamiast jeść na początku 1 łyżki fasoli dziennie, jem nawet równowartość puszki dziennie (rozłożone w 3 posiłkach, żeby nie było ;)).

Poza tym w Australii zaczęło się lato w pełni, temperatury dochodzą do +40 stopni, przez co może zatrzymywać się woda w organizmie.

Droga mała roślinożerczynio. Jesteś na dobrej drodze. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Zadbam o Ciebie. Będę Cię karmiła smacznymi, wyszukanymi daniami. Koniec z tanim, bezbarwnym żarciem. Postanowiłam, że będę kupowała orzechy i suszone owoce w ilości podanej w przepisie, dzięki czemu nie będę mogła ich bezmyślnie podjadać. W zamian będę kupowała najlepszej jakości produkty, nawet organiczne, a co tam, nie zbankrutuję od tego. Teraz wyobraź sobie to brownie z organicznym kakao i daktylami, a nie jakimiś smętnymi suchymi skwarkami kupowanymi na kilogramy w paczkach.

Tym razem będzie inaczej. Będzie dobrze. Rośliny zrobią swoje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...