Co nowego w nowym roku?

Uff...też uległam szaleństwu noworocznych postanowień. Miałam bardziej przyłożyć się do diety, jeść mniej orzechów i owoców suszonych (ok, to postanowienie już było) no i oczywiście zmniejszyć porcje posiłków. Efekt był taki, że w święta trochę poszalałam, zwłaszcza z pełnoziarnistym keksem, bo potem dieta.

Po świętach przyszło opamiętanie. Zmniejszyłam porcje i przestałam podjadać owoce suszone i orzechy (głównie dlatego, że skończyły mi się zapasy), ale dalej nie uważałam, że jestem chodzącym wegańskim ideałem. Porcje podane w przepisach przypominały wytyczne na paczkach ciastek, gdzie porcja to dwa małe ciastka. Początkowo wydawały mi się głodowe i nieludzkie. Potem dotarło do mnie, że sygnał najedzenia dochodzi dużo później niż bym chciała i po jakimś czasie czuję odpowiednią sytość, a nie - jak do tej pory - przejedzenie. Może nawet te porcje są odpowiednie dla mnie? 


Oczywiście żeby oszukać oczy, obok smętnej kupki ryżu ładowałam furę surówki. Moim nowym postanowieniem było również jedzenie na "tylko" jednym talerzu. Do tej pory surówka u mnie to była osobna wielka miska, teraz jednak staram się w swoich oczach wyglądać jak normalny człowiek, trochę na wzór kobiet przedstawianych w telewizji, gdzie piękne i szczupłe aktorki jedzą jedną średnią kupkę makaronu z sosem pomidorowym a nie wielką kopę spaghetti wysypującego się z talerza.

Nowa zasada została zachwiana dokładnie 1 stycznia, kiedy - o dziwo - miałam chyba kaca po małej lampce wina i butelce cydru. Moje zapasy silnej woli mocno zostały uszczuplone i cały dzień korciło mnie żeby coś podjeść. W końcu uległam pokusie i najadłam się pumperniklem z tahini (jedyne wegańskie masło jakie mi zostało) i dżemem. Pomyślałam, że może po prostu byłam głodna, za mało kalorii, ciało potrzebuje itd., ale nie sądzę żeby ciało potrzebowało aż tyle jedzenia na raz. No nic, stało się.

Dnia następnego było tylko gorzej. Ryż basmati z kurczakiem, który przygotowałam mężowi nagle wydawało się czymś niesamowicie apetycznym, więc tłumacząc sobie, że może moje ciało chce i potrzebuje mięsa, uległam pokusie...


Kolejne myśli poleciały jak lawina. No, skoro zjadłam mięso to i mogę iść dalej, tak długo przecież nie miałam wpadki ze słodyczami, mogę sobie pozwolić, a od jutra sznuruję buzię i nie jem niczego spoza planu. I tak przez cały dzień. Kiedy już prawie zbierałam się do sklepu żeby kupić coś na ucztę, zatrzymała mnie jedna myśl. Nie mogę się najeść, bo przecież za dwie godziny idę biegać i nie zdąży mi się to wszystko strawić. 

Uratowało mnie bieganie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa

Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj . Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym...