Dieta ziemniaczana dalej mnie kusi. Nie wiem czemu ciągnie mnie do takich ekstremalnych rozwiązań. Może to moje ego, a może to moja wewnętrzna "świnka", która znowu chce się nażreć.
Wczoraj znowu przejadłam się. Żeby było śmieszniej, przejadłam się batatem, który po godzinie urósł mi w żołądku i wypełnił go w całości. Stąd pomysł, żeby wrócić do diety ziemniaczanej, bo bataty są teraz tanie, a męża i tak mało co widuje, bo pracujemy na dwie różne zmiany, więc nawet by nie zauważył co jem. Zaczęłam więc fantazjować na temat mojego cudownego ziemniaczanego ozdrowienia. Może zaczęłabym ważyć ziemniaki i ustaliłabym sobie limit, żeby po godzinie od posiłku znowu nie zajść w ziemniaczaną ciążę. Dziennie jadłabym malutko, bo ziemniaki by mi się w końcu przejadły. Albo ustaliłabym sobie dzienny limit batatów. Schudłabym w rok, a potem widziałam nagłówki gazet, czołówki newsów, kamery i mikrofony przed moją piękną, szczupłą twarzą. Tak, dieta ziemniaczana byłaby dla sławy.
Wróciłam do rzeczywistości. Przecież jeszcze godzinę temu wyczyściłam fejsbuka ze wszystkich fanpejdżów i grup dla fanatyków diety roślinnej żeby nie kusić siebie co rusz nowymi pomysłami diety. Nie chcę jednak całkowicie odpuścić sobie diety. Dieta to moja obsesja. Co dzień budzę się myśląc jaką mam teraz dietę. Ziemniaczaną? Chef AJ? Dr Fuhrmana? A może coś bardziej liberalnego?
Jeśli jednak myślisz, że gdybym odpuściła sobie dietę to bym schudła, to jesteś w błędzie. Już przez to przechodziłam. Stwierdziłam na kilka lat: a olać dietę, nie zależy mi. I co? I ważyłam 100-120 kilogramów. Moim problemem nie jest co jeść, a ile. Nie jestem uzależniona od czekolady, pączków czy orzechów. Jestem uzależniona od przejadania się...no i od nowych projektów dietowych.
Koło się zatoczyło
No tak. Wróciłam do tego samego miejsca co kilka miesięcy temu, a dokładnie, doszłam do wniosku, że to nie moment na dietę odchudzającą.
Wiesz, zawsze kiedy wiem, że osiągnę sukces wszystko przychodzi naturalnie i bez zbędnej szarpaniny. Myśli są klarowne i optymistyczne. Jestem w pełni skoncentrowana na celu. Nie muszę odwoływać się do wszystkich cudownych technik samokontroli, bo nic mnie nie kusi, ani nie podkłada kłody pod nogi. Obecnie, kiedy próbuję schudnąć nic nie wychodzi.
Kiedyś przeczytałam, że zawsze robimy wszystko, co w naszej mocy. To, że ktoś jest w czymś gorszy, nie znaczy, że się mniej stara. To znaczy, że jego zasoby są wyczerpywane gdzieś indziej. Najwyraźniej moje zasoby są również na wyczerpaniu.
Nauczyłam się również, że nie warto jest walczyć ze sobą. Nie oznacza to jednak, że nie warto sobie stawiać cele i wyzwania, jednak - moim zdaniem - jeśli robisz to wbrew sobie - przegrasz.
Co teraz? Stawiam sobie dwa cele - tym razem mniejsze i bardziej osiągalne. Przestaję jeść w rozproszeniu. Kiedy chcę coś zjeść - siadam przy stole i jem. Nie oglądam filmów, nie słucham podcastów, nie czytam książek, artykułów, ani nawet napisów na opakowaniach. Jeśli mam ochotę na coś słodkiego - jem przy stole, albo w kawiarni. Od razu czuję jakbym poluzowała sobie gorset. Drugi cel to przestaję pić napoje kofeinowe, w tym herbatę. Nie piję już od jakiegoś tygodnia i mam wrażenie, że dłużej śpię i lepiej się wysypiam. Zobaczymy czy to prawdziwa zmiana, czy tylko pobożne życzenie.
Dalej też trenuję. Nie mam żadnych psychicznych oporów przed ćwiczeniami, więc nie widzę powodów żeby cokolwiek zmieniać w planie treningowym.
Dalej nie ważę się - tu nie ma powodu żeby cokolwiek wyjaśniać. Po prostu nie.
Wiesz, zawsze kiedy wiem, że osiągnę sukces wszystko przychodzi naturalnie i bez zbędnej szarpaniny. Myśli są klarowne i optymistyczne. Jestem w pełni skoncentrowana na celu. Nie muszę odwoływać się do wszystkich cudownych technik samokontroli, bo nic mnie nie kusi, ani nie podkłada kłody pod nogi. Obecnie, kiedy próbuję schudnąć nic nie wychodzi.
Kiedyś przeczytałam, że zawsze robimy wszystko, co w naszej mocy. To, że ktoś jest w czymś gorszy, nie znaczy, że się mniej stara. To znaczy, że jego zasoby są wyczerpywane gdzieś indziej. Najwyraźniej moje zasoby są również na wyczerpaniu.
Nauczyłam się również, że nie warto jest walczyć ze sobą. Nie oznacza to jednak, że nie warto sobie stawiać cele i wyzwania, jednak - moim zdaniem - jeśli robisz to wbrew sobie - przegrasz.
Co teraz? Stawiam sobie dwa cele - tym razem mniejsze i bardziej osiągalne. Przestaję jeść w rozproszeniu. Kiedy chcę coś zjeść - siadam przy stole i jem. Nie oglądam filmów, nie słucham podcastów, nie czytam książek, artykułów, ani nawet napisów na opakowaniach. Jeśli mam ochotę na coś słodkiego - jem przy stole, albo w kawiarni. Od razu czuję jakbym poluzowała sobie gorset. Drugi cel to przestaję pić napoje kofeinowe, w tym herbatę. Nie piję już od jakiegoś tygodnia i mam wrażenie, że dłużej śpię i lepiej się wysypiam. Zobaczymy czy to prawdziwa zmiana, czy tylko pobożne życzenie.
Dalej też trenuję. Nie mam żadnych psychicznych oporów przed ćwiczeniami, więc nie widzę powodów żeby cokolwiek zmieniać w planie treningowym.
Dalej nie ważę się - tu nie ma powodu żeby cokolwiek wyjaśniać. Po prostu nie.
Dzięki ziemniakom zrozumiałam
W końu dotarło do mnie jak głupio zapętliłam się i jak znowu popełniłam te same błędy. Znowu próbowałam się odchudzić i im bardziej przyciskałam tym gorzej na tym wychodziłam.
Najlepiej mi się żyło, kiedy nie odchudzałam się i niczego - w granicach rozsądku oczywiście - sobie nie odmawiałam. Po prostu starałam się zdrowo odżywiać. Niestety, chęć bycia szczupłą jest bardzo silna, bo zakorzeniona od jakichś 20 lat. Trudno mi z tego zrezygnować, chociaż oczywiście były momenty (nawet lata), kiedy poddałam się i na figurze mi nie zależało, a może zależało, ale nie chciałam dla tego poświęcać się. Teraz chcę, ale coś w mojej osobowości, czy konstrukcji psychicznej, albo jak niektórzy chcą - traumach z dzieciństwa - mi nie pozwala, bo - mówiąc wprost obżeram się.
Dr Lisle, o którym już nieraz wspominałam, nie wierzy w to, że każdy z nas, aby wyjść z zaburzenia odżywiania, musi przejść wieloletnią terapę u psychoterapeuty, ale niektórzy potrzebują dodatkowej pomocy ze względu na silnie zakorzeniony nawyk objadania się i zapętlenia się w kilku pułapkach zdrowego żywienia. Najważniejszą z nich jest tak zwana pułapka przyjemności, czyli nasze naturalne dążenie do przyjemności przez co łatwo uzależniamy się od cukru i przetworzonych produktów. Mnie to nie dotyczy, jak widać potrafię objeść się zwykłymi batatami, a w trakcie "ataku" sięgam po pełnoziarnistą tortillę z warzywami i hummusem.
Strasznie mnie denerwuje, że wciąż na nowo odkrywam to samo koło. Nie powinnam ważyć się i zmieniać ciągle diety, bo to doskonałe wymówki do obżarcia się (bo dieta nie działa, więc zacznę od jutra nową, a dziś się objem). Teraz znowu odkryłam koło. Po kilku dniach objadania się ziemniakami zrozumiałam - tu nie chodzi o to, co jem (bo sięgam głównie po zdrowe produkty), ale - jak jem. Zanim zacznę oczyszczać dietę muszę przestać jeść będąc rozproszoną. Potrafię zjeść nieskończoną ilość jabłek, marchewek, a ostatnio batatów oglądając filmy na netflixie albo czytając gazetę.
Moim drugim błędem są nierealne i wygórowane restrykcje. Kiedy odmawim sobie coraz więcej i więcej jedzenia rodzi się we mnie frustracja, zwłaszcza po zważeniu się. Od nowa więc rzucam sobie w twarz to samo postanowienie - nie ważyć się. Chef AJ zajęło dwa lata żeby schudnąć na jej jednej z bardziej restrykcyjnych, odchudzających diet roślinnych. Mi też może to tyle zająć.
Co ciekawe, mój mąż stabilnie wygląda coraz szczuplej. Dziś kiedy spojrzałam na niego, stwierdziłam, że wygląda na 80 kg (niedawno ważył 82 kg.) Wskoczył więc na wagę i okazało się, że waży 83 kg. Ten niczym się jednak nie przejął i przeszedł z tym na spokojnie do porządku dziennego. Mimo, że wygląda dużo szczuplej - waży więcej. Przecież też nieraz miałam. Wyglądałam na szczuplejszą, ale waga mi skakała. Może naprawde to normalne?
Tym razem powiedziałam sobie, że nie będę sobie odmawiała nawet ciastek, ale pod jednym warunkiem - będę siedziała przy stole i się nimi delektowała. Każdym z osobna. W końcu to nierealne żeby żyć na samych ziemniakach do końca życia, a powinnam jednak zacząć jeść tak, jakbym chciała i mogła jeść do końca życia.
Najlepiej mi się żyło, kiedy nie odchudzałam się i niczego - w granicach rozsądku oczywiście - sobie nie odmawiałam. Po prostu starałam się zdrowo odżywiać. Niestety, chęć bycia szczupłą jest bardzo silna, bo zakorzeniona od jakichś 20 lat. Trudno mi z tego zrezygnować, chociaż oczywiście były momenty (nawet lata), kiedy poddałam się i na figurze mi nie zależało, a może zależało, ale nie chciałam dla tego poświęcać się. Teraz chcę, ale coś w mojej osobowości, czy konstrukcji psychicznej, albo jak niektórzy chcą - traumach z dzieciństwa - mi nie pozwala, bo - mówiąc wprost obżeram się.
Dr Lisle, o którym już nieraz wspominałam, nie wierzy w to, że każdy z nas, aby wyjść z zaburzenia odżywiania, musi przejść wieloletnią terapę u psychoterapeuty, ale niektórzy potrzebują dodatkowej pomocy ze względu na silnie zakorzeniony nawyk objadania się i zapętlenia się w kilku pułapkach zdrowego żywienia. Najważniejszą z nich jest tak zwana pułapka przyjemności, czyli nasze naturalne dążenie do przyjemności przez co łatwo uzależniamy się od cukru i przetworzonych produktów. Mnie to nie dotyczy, jak widać potrafię objeść się zwykłymi batatami, a w trakcie "ataku" sięgam po pełnoziarnistą tortillę z warzywami i hummusem.
Strasznie mnie denerwuje, że wciąż na nowo odkrywam to samo koło. Nie powinnam ważyć się i zmieniać ciągle diety, bo to doskonałe wymówki do obżarcia się (bo dieta nie działa, więc zacznę od jutra nową, a dziś się objem). Teraz znowu odkryłam koło. Po kilku dniach objadania się ziemniakami zrozumiałam - tu nie chodzi o to, co jem (bo sięgam głównie po zdrowe produkty), ale - jak jem. Zanim zacznę oczyszczać dietę muszę przestać jeść będąc rozproszoną. Potrafię zjeść nieskończoną ilość jabłek, marchewek, a ostatnio batatów oglądając filmy na netflixie albo czytając gazetę.
Moim drugim błędem są nierealne i wygórowane restrykcje. Kiedy odmawim sobie coraz więcej i więcej jedzenia rodzi się we mnie frustracja, zwłaszcza po zważeniu się. Od nowa więc rzucam sobie w twarz to samo postanowienie - nie ważyć się. Chef AJ zajęło dwa lata żeby schudnąć na jej jednej z bardziej restrykcyjnych, odchudzających diet roślinnych. Mi też może to tyle zająć.
Co ciekawe, mój mąż stabilnie wygląda coraz szczuplej. Dziś kiedy spojrzałam na niego, stwierdziłam, że wygląda na 80 kg (niedawno ważył 82 kg.) Wskoczył więc na wagę i okazało się, że waży 83 kg. Ten niczym się jednak nie przejął i przeszedł z tym na spokojnie do porządku dziennego. Mimo, że wygląda dużo szczuplej - waży więcej. Przecież też nieraz miałam. Wyglądałam na szczuplejszą, ale waga mi skakała. Może naprawde to normalne?
Tym razem powiedziałam sobie, że nie będę sobie odmawiała nawet ciastek, ale pod jednym warunkiem - będę siedziała przy stole i się nimi delektowała. Każdym z osobna. W końcu to nierealne żeby żyć na samych ziemniakach do końca życia, a powinnam jednak zacząć jeść tak, jakbym chciała i mogła jeść do końca życia.
Rozczarowana. Pierwsza myśl sabotująca
Powiedziałam mężowi o swoich ziemniakach. Wkurzył się i powiedział, że mam natychmiast przerwać swoją kurację, bo nie chce mnie zbierać potem z podłogi.
Stwierdziłam w myślach, że skoro tak, to lepiej się najeść, bo i tak żadna dieta mi nie wyjdzie. W zamian za jakieś słodkości zjadłam...batata. Teraz czuję się najedzona. Eh, obżeram się ziemniakami...
Stwierdziłam w myślach, że skoro tak, to lepiej się najeść, bo i tak żadna dieta mi nie wyjdzie. W zamian za jakieś słodkości zjadłam...batata. Teraz czuję się najedzona. Eh, obżeram się ziemniakami...
Ziemniaki dalej są OK
Ból głowy minął, chociaż pozostała irytacja, że aż muszę się hamować żeby komuś nie dofasolić. Energia też powoli wraca. Dziś jednak musiałam nieźle się napracować żeby łaskawie potruchtać przez godzinę. Oczywiście wmawiałam sobie, że powoli, bez przymusu, bo w końcu dopiero przestałam pić kawę, która dawała mi dotąd niezłego kopa.
Poza tym o dziwo dalej zajadam się ziemniakami, zwłaszcza batatami. Znowu mam problem z określeniem czy to z głodu czy z nudów. Czy jestem jakimś dziwnym przypadkiem, który może się obżreć nawet na diecie złożonych z samych ziemniaków i wody? Mogłabym bataty też wyeliminować, ale myślę, że są one chyba najcenniejszym składnikiem mojej diety...
Z drugiej strony dziś zjadłam jednak mniej niż wczoraj. Po obiedzie w pracy nawet pojawiło się swoiste uczucie obrzydzenia ziemniakiem. Miałam wrażenie, że jakbym zjadła jeszcze jednego kartofla, to bym zwymiotowała. Nie było to z powodu przejedzenia, bo jakby mi ktoś postawił pączki przed nosem wmawiając, że to ziemniak, to bym zjadła. Autor tej diety opowiadał, że tak miał czwartego dnia diety kartoflanej, że ziemniaki stały mu w przełyku i myślał, że zaraz wszystko zwróci. Na szczęście to mija, może po podobnym kryzysie nie będę miała problemu z przejadaniem się (o ile taki występuje).
Poza tym o dziwo dalej zajadam się ziemniakami, zwłaszcza batatami. Znowu mam problem z określeniem czy to z głodu czy z nudów. Czy jestem jakimś dziwnym przypadkiem, który może się obżreć nawet na diecie złożonych z samych ziemniaków i wody? Mogłabym bataty też wyeliminować, ale myślę, że są one chyba najcenniejszym składnikiem mojej diety...
Z drugiej strony dziś zjadłam jednak mniej niż wczoraj. Po obiedzie w pracy nawet pojawiło się swoiste uczucie obrzydzenia ziemniakiem. Miałam wrażenie, że jakbym zjadła jeszcze jednego kartofla, to bym zwymiotowała. Nie było to z powodu przejedzenia, bo jakby mi ktoś postawił pączki przed nosem wmawiając, że to ziemniak, to bym zjadła. Autor tej diety opowiadał, że tak miał czwartego dnia diety kartoflanej, że ziemniaki stały mu w przełyku i myślał, że zaraz wszystko zwróci. Na szczęście to mija, może po podobnym kryzysie nie będę miała problemu z przejadaniem się (o ile taki występuje).
Ziemniakowa rewolucja
O dziwo poranek "po" miałam przyjemny. Jeszcze w nocy, nie mogąc zasnąć stwierdziłam, że albo pokonam wstyd i poproszę Armię Zbawienia żeby pomogli mi założyć klub Anonimowych Jedzenioholików, albo totalnie coś w sobie zmienie.
Postanowiłam spróbować to drugie. Mam ogromne opory przed proszeniem o pomoc, więc zrobię wszystko żeby samemu z tego wyjść. Co postanowiłam? Żyć o samych ziemniakach i wodzie.
Dlaczego ziemniaki? Bo o samych ziemniakach z wodą można przeżyć w doskonałym zdrowiu, no chyba, że się okaże, że jednak mój organizm nie radzi sobie. Wtedy oczywiście przestanę, nie jestem samobójczynią.
Poza tym ziemniaki mi smakują. Rano na szybko ugotowałam w szybkowarze kilka białych ziemniaków, które potem ze smakiem zjadłam, nawet bez przypraw. W pracy jednak nie było łatwo, ze względu na kofeinowe oczyszczanie. Ból głowy był niemal nie do zniesienia i w domu olałam plan treningowy i padłam niemal zemdlona na łóżko.
Ziemniaków nie będę przyprawiać. Im większy mam wybór tym gorzej, zaczynam kombinować, czytać która przyprawa najlepsza, najzdrowsza itd, poza tym od cynamonu na batatach do mleczka kokosowego i wiórek z kakaem niedaleka droga (już słyszę ten kuszący głos szatana w głowie mówiący, że przecież wiórki kokosowe to przyprawa...)
Z napojów tylko woda, bo jeśli pozwolę sobie na herbatę to i przy okazji pozwolę na kawę z mlekiem sojowym, a to całkowicie rozbiję moją dietę.
Nie wiem jak długo będę na tej diecie. Nie wyznaczyłam sobie konkretnej daty albo celu wagowego, zwłaszcza, że wróciłam do postanowienia żeby się nie ważyć. Podążem za przykładem Australijczyka Andrew Taylora, który przez rok żył o samych ziemniakach dzięki czemu wyleczył się z klinicznej depresji, jedzenioholizmu i otyłości. Ziemniakami nie da się zagłuszyć emocji. Ziemniaki Cię nie pocieszą ani nie zapewnią zbytniej rozrywki. Ziemniaki to paliwo, kropka. Chcę właśnie nauczyć się życia bez całodziennego myślenia o jedzeniu i dietach. Ziemniaków i wody nie można skomplikować ani dorobić nie wiadomo jakiej filozofii. Mam jeść aż do nasycenia. Dziś tak się stało. Zjadłam nawet sporo, bo bardzo mi smakowały bataty z piekarnika, ale staram się siebie nie oceniać. Oczywiście dalej będę codziennie pisać jak mi idzie. No to w drogę!
Postanowiłam spróbować to drugie. Mam ogromne opory przed proszeniem o pomoc, więc zrobię wszystko żeby samemu z tego wyjść. Co postanowiłam? Żyć o samych ziemniakach i wodzie.
Dlaczego ziemniaki? Bo o samych ziemniakach z wodą można przeżyć w doskonałym zdrowiu, no chyba, że się okaże, że jednak mój organizm nie radzi sobie. Wtedy oczywiście przestanę, nie jestem samobójczynią.
Poza tym ziemniaki mi smakują. Rano na szybko ugotowałam w szybkowarze kilka białych ziemniaków, które potem ze smakiem zjadłam, nawet bez przypraw. W pracy jednak nie było łatwo, ze względu na kofeinowe oczyszczanie. Ból głowy był niemal nie do zniesienia i w domu olałam plan treningowy i padłam niemal zemdlona na łóżko.
Ziemniaków nie będę przyprawiać. Im większy mam wybór tym gorzej, zaczynam kombinować, czytać która przyprawa najlepsza, najzdrowsza itd, poza tym od cynamonu na batatach do mleczka kokosowego i wiórek z kakaem niedaleka droga (już słyszę ten kuszący głos szatana w głowie mówiący, że przecież wiórki kokosowe to przyprawa...)
Z napojów tylko woda, bo jeśli pozwolę sobie na herbatę to i przy okazji pozwolę na kawę z mlekiem sojowym, a to całkowicie rozbiję moją dietę.
Nie wiem jak długo będę na tej diecie. Nie wyznaczyłam sobie konkretnej daty albo celu wagowego, zwłaszcza, że wróciłam do postanowienia żeby się nie ważyć. Podążem za przykładem Australijczyka Andrew Taylora, który przez rok żył o samych ziemniakach dzięki czemu wyleczył się z klinicznej depresji, jedzenioholizmu i otyłości. Ziemniakami nie da się zagłuszyć emocji. Ziemniaki Cię nie pocieszą ani nie zapewnią zbytniej rozrywki. Ziemniaki to paliwo, kropka. Chcę właśnie nauczyć się życia bez całodziennego myślenia o jedzeniu i dietach. Ziemniaków i wody nie można skomplikować ani dorobić nie wiadomo jakiej filozofii. Mam jeść aż do nasycenia. Dziś tak się stało. Zjadłam nawet sporo, bo bardzo mi smakowały bataty z piekarnika, ale staram się siebie nie oceniać. Oczywiście dalej będę codziennie pisać jak mi idzie. No to w drogę!
Znowu w życiu mi nie wyszło
No tak, poddałam się. Moje wcześniejsze posty mogły to zapowiadać - nie czułam ani entuzjazmu, ani nadziei na wyzdrowienie. Wmówiłam sobie, że bez pomocy nie da rady, więc zaczęłam znowu szukać informacji o anonimowych jedzenioholikach, terapiach online, terapiach w Australii i ośrodkach leczenia i ich cenach.
No i właściwie tyle. Do żadnego wniosku nie doszłam, oprócz tego, że może jutro też zrobię sobię ucztę, porządniejszą od tej dzisiejszej i przemyślę sobie dokładnie co mi daje mój nawyk (taka przykrywka, żeby nie czuć, że to jedzenie jest po nic).
Złe strony są znane. Ból żołądka, śmierdzące gazy w nocy (sorry za dosłowność, moje jelita chyba powoli wysiadają, nawet po obżarciu się samymi roślinami...), obniżony nastrój, ospałość w pracy, kłótnie z mężem o nic, ogólne otępienie, powolność umysłu, spowolnienie myślenia, kac dnia następnego, wyrzuty sumienia, poczucie porażki, brak szacunku do siebie, myśli depresyjne, płacz, zanurzenie w totalnej otchłani bólu istnienia...
Co do pozytywów to mam pewien problem. Ciężko mi oczywiście zautoanalizować się. To co naczytałam się z książek psychologicznych może sugerować, że odpowiedzią może być poczucie bezpieczeństwa w obliczu czegoś znanego, a objadanie się znam od ok 9 roku życia. Poza tym chyba przyzwyczaiłam się do kreacji siebie jako ofiary losu. Jestem biedna, poszkodowana, okropne dzieciństwo, można się tylko nade mną litować. Boję się, że mąż mnie porzuci, bo czasem zapominam się i przerzucam na niego moje bolączki i dramaty dnia codziennego. Jestem momentami jak roztrzęsiona galareta, chociaż tylko w dni obżerania się. Na co dzień bywam raczej pozytywna, chociaż chaotyczna.
Lubię biadolić i lubię kiedy ludzie się tym przejmują. Przykładowo ostatnio poszłam do fryzjera i biadoliłam, że dalej mam puszące się włosy i w ogóle co za niesprawiedliwość boska. Tak jakby po 3 miesiącach regularnych wizyt komuś urosły końskie włosy do pasa. Ostatecznie okazało się, że włosy mam trochę grubsze i widać różnicę, że aż mi się głupio zrobiło, że tak marudziłam.
To samo mam z mężem. Od czasu do czasu narzekam, że dalej nie jesteśmy milionerami i nie mamy zaoszczędzonych nie wiadomo jakich pieniędzy na gorsze czasy, ten oczywiście bierze to do siebie, a ja...jak zwykle mam wyrzuty sumienia.
Cykl biadolenie-uspokojenie-wyrzuty sumienia to niekończąca się huśtawka z którą próbuje zerwać od jakiegoś 20 roku życia, kiedy zaczęłam swoją pierwszą terapię, której oczywiście nie skończyłam. Zwracam się o pomoc, a kiedy tej pomocy najbardziej potrzebuję - uciekam, bo wtedy kiedy nie marudzę, cierpię najbardziej i wtedy zwracam się do swojego najwierniejszego przyjaciela - jedzenia, które wypełnia mnie po korek swoją toksyczną miłością.
No i właściwie tyle. Do żadnego wniosku nie doszłam, oprócz tego, że może jutro też zrobię sobię ucztę, porządniejszą od tej dzisiejszej i przemyślę sobie dokładnie co mi daje mój nawyk (taka przykrywka, żeby nie czuć, że to jedzenie jest po nic).
Złe strony są znane. Ból żołądka, śmierdzące gazy w nocy (sorry za dosłowność, moje jelita chyba powoli wysiadają, nawet po obżarciu się samymi roślinami...), obniżony nastrój, ospałość w pracy, kłótnie z mężem o nic, ogólne otępienie, powolność umysłu, spowolnienie myślenia, kac dnia następnego, wyrzuty sumienia, poczucie porażki, brak szacunku do siebie, myśli depresyjne, płacz, zanurzenie w totalnej otchłani bólu istnienia...
Co do pozytywów to mam pewien problem. Ciężko mi oczywiście zautoanalizować się. To co naczytałam się z książek psychologicznych może sugerować, że odpowiedzią może być poczucie bezpieczeństwa w obliczu czegoś znanego, a objadanie się znam od ok 9 roku życia. Poza tym chyba przyzwyczaiłam się do kreacji siebie jako ofiary losu. Jestem biedna, poszkodowana, okropne dzieciństwo, można się tylko nade mną litować. Boję się, że mąż mnie porzuci, bo czasem zapominam się i przerzucam na niego moje bolączki i dramaty dnia codziennego. Jestem momentami jak roztrzęsiona galareta, chociaż tylko w dni obżerania się. Na co dzień bywam raczej pozytywna, chociaż chaotyczna.
Lubię biadolić i lubię kiedy ludzie się tym przejmują. Przykładowo ostatnio poszłam do fryzjera i biadoliłam, że dalej mam puszące się włosy i w ogóle co za niesprawiedliwość boska. Tak jakby po 3 miesiącach regularnych wizyt komuś urosły końskie włosy do pasa. Ostatecznie okazało się, że włosy mam trochę grubsze i widać różnicę, że aż mi się głupio zrobiło, że tak marudziłam.
To samo mam z mężem. Od czasu do czasu narzekam, że dalej nie jesteśmy milionerami i nie mamy zaoszczędzonych nie wiadomo jakich pieniędzy na gorsze czasy, ten oczywiście bierze to do siebie, a ja...jak zwykle mam wyrzuty sumienia.
Cykl biadolenie-uspokojenie-wyrzuty sumienia to niekończąca się huśtawka z którą próbuje zerwać od jakiegoś 20 roku życia, kiedy zaczęłam swoją pierwszą terapię, której oczywiście nie skończyłam. Zwracam się o pomoc, a kiedy tej pomocy najbardziej potrzebuję - uciekam, bo wtedy kiedy nie marudzę, cierpię najbardziej i wtedy zwracam się do swojego najwierniejszego przyjaciela - jedzenia, które wypełnia mnie po korek swoją toksyczną miłością.
Ciąg dalszy wątpliwości
W internecie szukałam programu anonimowych jedzonioholików w pobliżu mojego miasteczka. Mimo, że po ulicach chodzi więcej otyłych ludzi niż szczupłych - nie ma żadnych grup bliżej niż 250 km. ode mnie.
Nawet myślałam, żeby pójść do Armi Zbawienia, czy jakiegoś kościoła i zapytać o radę czy, dałoby radę zorganizować takie spotkania, ale oczywiście stwierdziłam, że albo nikt nie przyjdzie, albo sama zrezygnuję, bo dalej nie umiem za bardzo zbliżyć się do Australijczyków. Poza tym serio odstrasza mnie myśl, że musiałabym się trzymać planu jedzeniowego jak wierny Przykazań Bożych.
Zastanowiło mnie to. Ewidentnie improwizacje kuchenne mnie pogrążają, zwłaszcza kiedy mężowi przygotowuje coś dobrego i tu i ówdzie skubnę. Z drugiej strony brak takiego "wętyla" i pozwolenie sobie na skubanie powoduje, że mniej się spinam, a co za tym idzie - dłużej mogę wytrwać na diecie.
Czy jednak chodzi w życiu o wytrwanie? Miałam nadzieję, że dieta roślinna to najlepsza dieta świata, dzięki której będę mogła żyć w zdrowiu i spokoju wewnętrznym, bez ograniczania się do końca życia. Nagle okazuje się, że muszę ograniczyć nawet owoce, bo nie potrafię skończyć na jednej sztuce.
Wiem...skupianie się na wadach to nienajlepsza droga ku wolności od uzależnienia. Czy serio w życiu najlepsze co może mnie spotkać to bananowe lody w absurdalnych ilościach?
Nawet myślałam, żeby pójść do Armi Zbawienia, czy jakiegoś kościoła i zapytać o radę czy, dałoby radę zorganizować takie spotkania, ale oczywiście stwierdziłam, że albo nikt nie przyjdzie, albo sama zrezygnuję, bo dalej nie umiem za bardzo zbliżyć się do Australijczyków. Poza tym serio odstrasza mnie myśl, że musiałabym się trzymać planu jedzeniowego jak wierny Przykazań Bożych.
Zastanowiło mnie to. Ewidentnie improwizacje kuchenne mnie pogrążają, zwłaszcza kiedy mężowi przygotowuje coś dobrego i tu i ówdzie skubnę. Z drugiej strony brak takiego "wętyla" i pozwolenie sobie na skubanie powoduje, że mniej się spinam, a co za tym idzie - dłużej mogę wytrwać na diecie.
Czy jednak chodzi w życiu o wytrwanie? Miałam nadzieję, że dieta roślinna to najlepsza dieta świata, dzięki której będę mogła żyć w zdrowiu i spokoju wewnętrznym, bez ograniczania się do końca życia. Nagle okazuje się, że muszę ograniczyć nawet owoce, bo nie potrafię skończyć na jednej sztuce.
Wiem...skupianie się na wadach to nienajlepsza droga ku wolności od uzależnienia. Czy serio w życiu najlepsze co może mnie spotkać to bananowe lody w absurdalnych ilościach?
Wątpliwości
Mam okropne wahania nastroju. Z jednej strony wierzę w obraz siebie jako zdrowej, wysportowanej i wolnej od jedzeniowych obsesji roślinożerczynię, a z drugiej w momentach zachcianek zanurzam się w odmętach najgorszych otchłani, że w życiu nie wyzdrowieje i nie pozbędę się swojego jedzenioholizmu.
Wg dr Lisle - amerykańskiego psychologa, autora the Pleasure Trap - wystarczy wytrzymać kilka tygodni i oprzeć się pokusom, by wyciszyć nasze wewnętrzne demony i głosy w głowie mówiące "tylko jeden gryz, przecież zasługujesz...." Ja w swoim życiu przeszłam jednak wiele zdrowych kuracji i przez wiele miesięcy nie ulegałam swym demonom, jednak one po jakimś czasie tak mi huczą w głowie, że jedynym dla mnie ratunkiem wydaje się zjedzenie całej paczki ciastek. Co robie nie tak? A może naprawdę potrzebuję fachowej pomocy i zamknięcia w ośrodku na kilka miesięcy, gdzie od początku nauczyliby mnie jak, co i ile jeść. Takie myśli powstały po obejrzeniu programu w Netflixie "Addicted to Food", gdzie grupa ludzi z zaburzeniami odżywiania znalazła się w zamkniętym ośrodku, w którym mieli intensywną terapię grupową.
Mój wewnętrzny prosiak zakwiczał - nie poradzisz sobie sama, więc równie dobrze...idź się najedz. Nie uległam temu głosowi, ale wątpliwości pozostały...
Od początku
Wczoraj miałam lekkie załamanie nerwowe. Nie chciałam ciąglę biadolić o swoich potknięciach, ale to mój blog i mogę pisać co mi się podoba, zwłaszcza, że i tak prawie nikt go nie czyta.
Po pamiętnym upadku, kiedy mój mąż zdecydował się na moją dietę, zebrałam się w sobie i zaczęłam stosować się do zaleceń Chef AJ.
W skrócie, dieta ta, oprócz tego że wyklucza wszystkie produkty zwierzęce, przetworzone jedzenie, w tym mąkę, wyklucza również orzechy, pestki i suszone owoce. Zważyłam się, zmierzyłam i stwierdziłam, że sprawdzę czy to zadziała za dwa tygodnie.
Bez owijania w bawełnę - przytyłam 1 kg. Mimo biegania 5 razy w tygodniu, mimo niejedzenia mąki ani orzechów - przytyłam. Swoją frustrację wyraziłam w grupie na fejsbuku, gdzie Chef AJ udziela się i...ona we własnej osobie odpisała mi. Zapytała mnie o mój jadłospis, więc wysłałam jej kilka dni z mojego dziennika kalorii myfitnesspal na co ta zapytała, czy czytałam jej książkę, bo to co jej wysłałam zupełnie nie pokrywa się z tym co ona zaleca.
Przykładowo: jej zaleceniem jest 400 gram warzyw nieskrobiowych na śniadanie. Moją interpretacją było zielone smoothie z 3 liści jarmużu, 2 bananów i gruszki. Poza tym jej dieta jest "oparta na skrobii", moja "oparta na owocach i ziarnach" (ryż, owies). Mogłam się tylko z siebie śmiać, gdyby nie to, że mam wrażenie, że znowu kręcę się wokół własnej osi i ze słodyczy przerzuciłam się po prostu na owoce. Uwielbiam słodki smak i uwielbiam uczucie pełnego żołądka. Mimo niższej podaży kalorii niż przy typowej diecie wegańskiej, która nie zabrania kalorycznych orzechów - przytyłam.
Efekt? Mimo mówienia sobie, że nic się nie stało, że jednak muszę zmniejszyć ilość owoców i iść dalej - wkurwiłam się i objadłam masłem orzechowym z owocami suszonymi (oczywiście coś co miałam dotąd zabronione). Potem z pełnym brzuchem i głową pełną wyrzutów sumienia poszłam do pracy, gdzie ledwo mogłam się skupić, nie mówiąc już o wykazaniu jakiegokolwiek entuzjazmu, jakbym wciągnęła jakieś prochy, a nie zdrowe przecież wegańskie jedzenie. Kiedy przestanę siebie oszukiwać? Kiedy objadanie się nie będzie dla mnie pociągające ze względu na okropne jego konsekwencje?
Dnia następnego, czyli dziś - mierzyłam się z wieloma demonami i pokusami zjedzenia czegokolwiek słodkiego w ogromnej ilości. OK, rozumiem, 20 lat temu słodycze mnie uspokajały i jako dziecko radziłam sobie z codziennością obżerając się, ale nie jestem już dzieckiem. Kiedy mój wewnętrzny dorosły człowiek przejmie nade mną kontrolę?!
Dziś tę walkę wygrałam. Wyżaliłam się mężowi, który po raz pięćsetny wysłuchał jak moja dieta nie działa i jak czuję się tym wszystkim zmęczona i mam ochotę się poddać. Dziś też postanowiłam bardziej dzielić się na blogu ze swoimi emocjami. Swoje już wiem, nie muszę się dodatkowo doedukowywać, chcę trochę zmienić treść jaką słucham w drodze i z pracy oraz podczas biegania, czyli z audiobooków i podcastów o diecie roślinnej chcę słuchać po prostu normalne książki, żeby przestać tak obsesyjnie myśleć o jedzeniu. Ciekawa jestem czy to jest w ogóle możliwe. Czy da się tak diametralnie zmienić obiekt skupienia z jednego tematu w coś innego?
Zobaczymy...
Po pamiętnym upadku, kiedy mój mąż zdecydował się na moją dietę, zebrałam się w sobie i zaczęłam stosować się do zaleceń Chef AJ.
W skrócie, dieta ta, oprócz tego że wyklucza wszystkie produkty zwierzęce, przetworzone jedzenie, w tym mąkę, wyklucza również orzechy, pestki i suszone owoce. Zważyłam się, zmierzyłam i stwierdziłam, że sprawdzę czy to zadziała za dwa tygodnie.
Bez owijania w bawełnę - przytyłam 1 kg. Mimo biegania 5 razy w tygodniu, mimo niejedzenia mąki ani orzechów - przytyłam. Swoją frustrację wyraziłam w grupie na fejsbuku, gdzie Chef AJ udziela się i...ona we własnej osobie odpisała mi. Zapytała mnie o mój jadłospis, więc wysłałam jej kilka dni z mojego dziennika kalorii myfitnesspal na co ta zapytała, czy czytałam jej książkę, bo to co jej wysłałam zupełnie nie pokrywa się z tym co ona zaleca.
Przykładowo: jej zaleceniem jest 400 gram warzyw nieskrobiowych na śniadanie. Moją interpretacją było zielone smoothie z 3 liści jarmużu, 2 bananów i gruszki. Poza tym jej dieta jest "oparta na skrobii", moja "oparta na owocach i ziarnach" (ryż, owies). Mogłam się tylko z siebie śmiać, gdyby nie to, że mam wrażenie, że znowu kręcę się wokół własnej osi i ze słodyczy przerzuciłam się po prostu na owoce. Uwielbiam słodki smak i uwielbiam uczucie pełnego żołądka. Mimo niższej podaży kalorii niż przy typowej diecie wegańskiej, która nie zabrania kalorycznych orzechów - przytyłam.
Efekt? Mimo mówienia sobie, że nic się nie stało, że jednak muszę zmniejszyć ilość owoców i iść dalej - wkurwiłam się i objadłam masłem orzechowym z owocami suszonymi (oczywiście coś co miałam dotąd zabronione). Potem z pełnym brzuchem i głową pełną wyrzutów sumienia poszłam do pracy, gdzie ledwo mogłam się skupić, nie mówiąc już o wykazaniu jakiegokolwiek entuzjazmu, jakbym wciągnęła jakieś prochy, a nie zdrowe przecież wegańskie jedzenie. Kiedy przestanę siebie oszukiwać? Kiedy objadanie się nie będzie dla mnie pociągające ze względu na okropne jego konsekwencje?
Dnia następnego, czyli dziś - mierzyłam się z wieloma demonami i pokusami zjedzenia czegokolwiek słodkiego w ogromnej ilości. OK, rozumiem, 20 lat temu słodycze mnie uspokajały i jako dziecko radziłam sobie z codziennością obżerając się, ale nie jestem już dzieckiem. Kiedy mój wewnętrzny dorosły człowiek przejmie nade mną kontrolę?!
Dziś tę walkę wygrałam. Wyżaliłam się mężowi, który po raz pięćsetny wysłuchał jak moja dieta nie działa i jak czuję się tym wszystkim zmęczona i mam ochotę się poddać. Dziś też postanowiłam bardziej dzielić się na blogu ze swoimi emocjami. Swoje już wiem, nie muszę się dodatkowo doedukowywać, chcę trochę zmienić treść jaką słucham w drodze i z pracy oraz podczas biegania, czyli z audiobooków i podcastów o diecie roślinnej chcę słuchać po prostu normalne książki, żeby przestać tak obsesyjnie myśleć o jedzeniu. Ciekawa jestem czy to jest w ogóle możliwe. Czy da się tak diametralnie zmienić obiekt skupienia z jednego tematu w coś innego?
Zobaczymy...
Nieoczekiwane zwroty w akcji
Po pół roku relacji on-and-off z dietą wegańską pojawił się nieoczekiwany zwrot w akcji. Do roślinożercy dołączył jej mąż.
Małż mój poszedł do lekarza uskarżając się na ból w kolanie, a ten korzystając z okazji wysłał go na podstawowe badania krwi. Okazało się, że cukier ma tak wysoki, że praktycznie można mu zdiagnozować cukrzycę, gdyby nie to, że nie ma typowych dla cukrzycy objawów. Małżonek mój na szczęście jest z tych, co nie chcą brać żadnych leków i stwierdził, że cukier poprawi sportem i dietą. Z tym zwrócił się do mnie jako ekspertki, a ja - czując ogromną odpowiedzialność - zaczęłam wątpić, czy mam rację odrzucając zalecenia jego lekarza.
Stwierdziłam, że cukrzycę można cofnąć dzięki schudnięciu i wprowadzeniu sportu, więc jaką byśmy odmianę diety roślinnej nie zastosowali - poprawa zawsze nastąpi, zwłaszcza po wyeliminowaniu coca-coli, mleka, mięsa i smażonych potraw. Mąż początkowo wzbraniał się przed ryżem, ziemniakami i owocami, bo mają za dużo węglowodanów. Oczywiście naoglądał się kilku filmików na youtube, a ja czułam, że zaczyna błądzić jak ja sprzed lat. Zresztą nie dziwie mu się. Nagle zrozumiał, że z jakiegoś dziwnego powodu jedzenie stało się bardziej skomplikowane od konstrukcji bomby jądrowej.
Co mnie najbardziej jednak zasmuciło to...moja reakcja na tę sytuację. Przez 3 dni zaczęłam się objadać. Dzień wcześniej, wieczorem najadłam się po korek arbuzem po treningu i rano obudziłam się bardzo z siebie niezadowolona przez co stwierdziłam: a olać to wszystko, w życiu nie powstrzymam przymusu objadania się do bólu brzucha. Choćbym nie wiem jak idealną miała dietę, przychodzi taki dzień, kiedy przejadam się, głównie owocami. Ten strumień myśli spowodował lawinę i objadłam się słodyczami. Oczywiście moja samoocena spadła na łeb na szyję. Podniołam się jednak. Wróciłam na dawne tory. Po kilku dniach znowu objadłam się gruszkami, ale pocieszyłam się myślą, że to i tak lepiej jak objadanie się ciastkami. Nie wiem skąd u mnie te kompulsje. Nie jem za mało. Czasem faktycznie jestem głodna, ale czy to oznacza, że powinnam jeść non stop żeby nie mieć napadu głodu?
Mój mąż z kolei to okaz normalnego podejścia do jedzenia. Nie ma wyrzutów sumienia i nie objada się bez sensu. Przez to porównywanie się czuję się jeszcze gorzej. Eh...moja droga jest bardziej zawiła niż myślałam.
Małż mój poszedł do lekarza uskarżając się na ból w kolanie, a ten korzystając z okazji wysłał go na podstawowe badania krwi. Okazało się, że cukier ma tak wysoki, że praktycznie można mu zdiagnozować cukrzycę, gdyby nie to, że nie ma typowych dla cukrzycy objawów. Małżonek mój na szczęście jest z tych, co nie chcą brać żadnych leków i stwierdził, że cukier poprawi sportem i dietą. Z tym zwrócił się do mnie jako ekspertki, a ja - czując ogromną odpowiedzialność - zaczęłam wątpić, czy mam rację odrzucając zalecenia jego lekarza.
Stwierdziłam, że cukrzycę można cofnąć dzięki schudnięciu i wprowadzeniu sportu, więc jaką byśmy odmianę diety roślinnej nie zastosowali - poprawa zawsze nastąpi, zwłaszcza po wyeliminowaniu coca-coli, mleka, mięsa i smażonych potraw. Mąż początkowo wzbraniał się przed ryżem, ziemniakami i owocami, bo mają za dużo węglowodanów. Oczywiście naoglądał się kilku filmików na youtube, a ja czułam, że zaczyna błądzić jak ja sprzed lat. Zresztą nie dziwie mu się. Nagle zrozumiał, że z jakiegoś dziwnego powodu jedzenie stało się bardziej skomplikowane od konstrukcji bomby jądrowej.
Co mnie najbardziej jednak zasmuciło to...moja reakcja na tę sytuację. Przez 3 dni zaczęłam się objadać. Dzień wcześniej, wieczorem najadłam się po korek arbuzem po treningu i rano obudziłam się bardzo z siebie niezadowolona przez co stwierdziłam: a olać to wszystko, w życiu nie powstrzymam przymusu objadania się do bólu brzucha. Choćbym nie wiem jak idealną miała dietę, przychodzi taki dzień, kiedy przejadam się, głównie owocami. Ten strumień myśli spowodował lawinę i objadłam się słodyczami. Oczywiście moja samoocena spadła na łeb na szyję. Podniołam się jednak. Wróciłam na dawne tory. Po kilku dniach znowu objadłam się gruszkami, ale pocieszyłam się myślą, że to i tak lepiej jak objadanie się ciastkami. Nie wiem skąd u mnie te kompulsje. Nie jem za mało. Czasem faktycznie jestem głodna, ale czy to oznacza, że powinnam jeść non stop żeby nie mieć napadu głodu?
Mój mąż z kolei to okaz normalnego podejścia do jedzenia. Nie ma wyrzutów sumienia i nie objada się bez sensu. Przez to porównywanie się czuję się jeszcze gorzej. Eh...moja droga jest bardziej zawiła niż myślałam.
Ponownie o mądrościach pewnego amerykańskiego psychologa
Jestem wielką fanką doktora Douga Lisle'a, o którym pisałam tutaj. Moim zdaniem jest on genialnym, a przy tym zabawnym naukowcem, czym trafił w mój gust. Dziś wysłuchałam jednego z jego wywiadów, po którym znowu mnie oświeciło, że aż postanowiłam podzielić się tym z wami.
Lisle otrzymał od pewnej pani pytanie: co ona ma zrobić, żeby przestać jeść emocjonalnie. Otóż pani ta jest na diecie roślinnej, ale martwi ją objadanie się warzywami skrobiowymi (np. ziemniaki, zboża) kiedy czuje silniejsze napięcie spowodowane stresującą pracą. Uważa ona, że przez to przejada się, co może spowodować jakieś problemy zdrowotne.
Doktor najpierw stwierdził, że nie wiadomo, czy ona naprawdę się objada, czy tylko tak jej się wydaje. Otóż prawdopodobnie lekkie uczucie głodu powoduje u niej lekkie napięcie, którym nie ma siły sprostać i którym łagodzi skrobią - satysfakcjonującym, pysznym i zdrowym jedzeniem. Ponieważ pani nie objada się słodyczami, żywnością przetworzoną itp., nie ma obawy, że w ciągu całego dnia zje więcej niż potrzebuje, bo po skrobi będzie dłużej najedzona i w efekcie kolejny posiłek zje później lub w ogóle go pominie.
Dokładnie to samo zdarzyło mi się wczoraj i dziś. Dwie godziny po obiedzie poczułam się lekko głodna. Zrobiłam lody bananowe (mrożone banany, kakao i fasola), po których byłam maksymalnie usatysfakcjonowana w pozytywnym znaczeniu. Momentalnie poczułam zastrzyk energii, co byłoby niemożliwe po zjedzeniu normalnych, mlecznych lodów z toną cukru. Nie dodałam suszonych owoców ani masła orzechowego, dzięki czemu nie musiałam zbytnio martwić się kaloriami, chociaż miałam wyrzuty sumienia, że zjadłam kolejny posiłek tylko dwie godziny po obiedzie.
Nic to - pomyślałam - pewnie kolację zjem mniejszą - i przestałam się tym więcej przejmować. Co najlepsze kolację w ogóle pominęłam, przy czym nie musiałam ze sobą walczyć - po prostu nie miałam na nią ochotę.
Bywają dni, kiedy obiad mnie nie satysfakcjonuje, nawet pół godziny po posiłku, czasie w którym powinny do mnie dotrzeć wszystkie sygnały sytości. Zazwyczaj mam wyrzuty sumienia sięgając po coś jeszcze, bo naczytałam się, że najlepiej unikać podjadania między posiłkami, ale myślę, że czasem lepiej jest coś zjeść i mieć spokój, niż walczyć ze sobą przez kolejne 3-4 godziny czekając z owsikami w tyłku na odpowiednią porę.
Jest tylko jedno ale. Przekąska nie może zawierać żywności "gęstej kalorycznie", głównie wysokotłuszczowej, czyli jakichkolwiek, nawet najzdrowszych na świecie orzechów, awokado, tofu itp. Ponadto zero suszonych owoców.
Nie mogę jeszcze powiedzieć, że niskotłuszczowa wersja diety roślinnej daje jakiekolwiek rezultaty, ale czuję się lżejsza. Chcę za wszelką cenę chcę uniknąć codziennego liczenia kalorii dlatego mam ogromną nadzieję, że wystarczy, że ograniczę orzechy i owoce suszone.
Lisle otrzymał od pewnej pani pytanie: co ona ma zrobić, żeby przestać jeść emocjonalnie. Otóż pani ta jest na diecie roślinnej, ale martwi ją objadanie się warzywami skrobiowymi (np. ziemniaki, zboża) kiedy czuje silniejsze napięcie spowodowane stresującą pracą. Uważa ona, że przez to przejada się, co może spowodować jakieś problemy zdrowotne.
Doktor najpierw stwierdził, że nie wiadomo, czy ona naprawdę się objada, czy tylko tak jej się wydaje. Otóż prawdopodobnie lekkie uczucie głodu powoduje u niej lekkie napięcie, którym nie ma siły sprostać i którym łagodzi skrobią - satysfakcjonującym, pysznym i zdrowym jedzeniem. Ponieważ pani nie objada się słodyczami, żywnością przetworzoną itp., nie ma obawy, że w ciągu całego dnia zje więcej niż potrzebuje, bo po skrobi będzie dłużej najedzona i w efekcie kolejny posiłek zje później lub w ogóle go pominie.
Dokładnie to samo zdarzyło mi się wczoraj i dziś. Dwie godziny po obiedzie poczułam się lekko głodna. Zrobiłam lody bananowe (mrożone banany, kakao i fasola), po których byłam maksymalnie usatysfakcjonowana w pozytywnym znaczeniu. Momentalnie poczułam zastrzyk energii, co byłoby niemożliwe po zjedzeniu normalnych, mlecznych lodów z toną cukru. Nie dodałam suszonych owoców ani masła orzechowego, dzięki czemu nie musiałam zbytnio martwić się kaloriami, chociaż miałam wyrzuty sumienia, że zjadłam kolejny posiłek tylko dwie godziny po obiedzie.
Nic to - pomyślałam - pewnie kolację zjem mniejszą - i przestałam się tym więcej przejmować. Co najlepsze kolację w ogóle pominęłam, przy czym nie musiałam ze sobą walczyć - po prostu nie miałam na nią ochotę.
Bywają dni, kiedy obiad mnie nie satysfakcjonuje, nawet pół godziny po posiłku, czasie w którym powinny do mnie dotrzeć wszystkie sygnały sytości. Zazwyczaj mam wyrzuty sumienia sięgając po coś jeszcze, bo naczytałam się, że najlepiej unikać podjadania między posiłkami, ale myślę, że czasem lepiej jest coś zjeść i mieć spokój, niż walczyć ze sobą przez kolejne 3-4 godziny czekając z owsikami w tyłku na odpowiednią porę.
Jest tylko jedno ale. Przekąska nie może zawierać żywności "gęstej kalorycznie", głównie wysokotłuszczowej, czyli jakichkolwiek, nawet najzdrowszych na świecie orzechów, awokado, tofu itp. Ponadto zero suszonych owoców.
Nie mogę jeszcze powiedzieć, że niskotłuszczowa wersja diety roślinnej daje jakiekolwiek rezultaty, ale czuję się lżejsza. Chcę za wszelką cenę chcę uniknąć codziennego liczenia kalorii dlatego mam ogromną nadzieję, że wystarczy, że ograniczę orzechy i owoce suszone.
Co nowego w nowym roku?
Uff...też uległam szaleństwu noworocznych postanowień. Miałam bardziej przyłożyć się do diety, jeść mniej orzechów i owoców suszonych (ok, to postanowienie już było) no i oczywiście zmniejszyć porcje posiłków. Efekt był taki, że w święta trochę poszalałam, zwłaszcza z pełnoziarnistym keksem, bo potem dieta.
Po świętach przyszło opamiętanie. Zmniejszyłam porcje i przestałam podjadać owoce suszone i orzechy (głównie dlatego, że skończyły mi się zapasy), ale dalej nie uważałam, że jestem chodzącym wegańskim ideałem. Porcje podane w przepisach przypominały wytyczne na paczkach ciastek, gdzie porcja to dwa małe ciastka. Początkowo wydawały mi się głodowe i nieludzkie. Potem dotarło do mnie, że sygnał najedzenia dochodzi dużo później niż bym chciała i po jakimś czasie czuję odpowiednią sytość, a nie - jak do tej pory - przejedzenie. Może nawet te porcje są odpowiednie dla mnie?
Oczywiście żeby oszukać oczy, obok smętnej kupki ryżu ładowałam furę surówki. Moim nowym postanowieniem było również jedzenie na "tylko" jednym talerzu. Do tej pory surówka u mnie to była osobna wielka miska, teraz jednak staram się w swoich oczach wyglądać jak normalny człowiek, trochę na wzór kobiet przedstawianych w telewizji, gdzie piękne i szczupłe aktorki jedzą jedną średnią kupkę makaronu z sosem pomidorowym a nie wielką kopę spaghetti wysypującego się z talerza.
Nowa zasada została zachwiana dokładnie 1 stycznia, kiedy - o dziwo - miałam chyba kaca po małej lampce wina i butelce cydru. Moje zapasy silnej woli mocno zostały uszczuplone i cały dzień korciło mnie żeby coś podjeść. W końcu uległam pokusie i najadłam się pumperniklem z tahini (jedyne wegańskie masło jakie mi zostało) i dżemem. Pomyślałam, że może po prostu byłam głodna, za mało kalorii, ciało potrzebuje itd., ale nie sądzę żeby ciało potrzebowało aż tyle jedzenia na raz. No nic, stało się.
Dnia następnego było tylko gorzej. Ryż basmati z kurczakiem, który przygotowałam mężowi nagle wydawało się czymś niesamowicie apetycznym, więc tłumacząc sobie, że może moje ciało chce i potrzebuje mięsa, uległam pokusie...
Kolejne myśli poleciały jak lawina. No, skoro zjadłam mięso to i mogę iść dalej, tak długo przecież nie miałam wpadki ze słodyczami, mogę sobie pozwolić, a od jutra sznuruję buzię i nie jem niczego spoza planu. I tak przez cały dzień. Kiedy już prawie zbierałam się do sklepu żeby kupić coś na ucztę, zatrzymała mnie jedna myśl. Nie mogę się najeść, bo przecież za dwie godziny idę biegać i nie zdąży mi się to wszystko strawić.
Uratowało mnie bieganie.
Zmień otoczenie
Dziś Wigilia. Gdybym była w Polsce pewnie od tygodnia, albo dwóch byłabym najedzona po korek, bo przecież święta idą więc i tak się najem. Poza tym zaczynam dietę od nowego roku ;). Po drodze jeszcze mam urodziny, więc przez niemal 30 lat w samym grudniu tyłam z 5 kilogramów minimum, przez co w efekcie dorobiłam się 119 kilogramów wagi.
To moje drugie święta w Australii. W tym roku przygotowałam barszcz czerwony, pełnoziarniste uszka i kapustę z grochem (coś mega Polskiego i w miarę zdrowego, jeśli pominie się masło). Mój mąż nie obchodzi świąt (w sensie jego obchodzenie dotąd było barbecue i piwo...) więc jemu to obojętne. Nie mamy stołu uginającego się pod dwunastoma sutymi potrawami. Nawet nie umyłam okien, a dom sprzątam tak jak zawsze. Przed kolacją zresztą planuję pobiegać.
Myślę, że to dlatego udało mi się utrzymać "tylko" nadwagę. Mimo wielu wpadek, zawsze wracam do swojej rutyny i dietetycznego jedzenia, bo zupełnie zmieniłam otoczenie. Ważność tego podkreśla wspominiany we wcześniejszym poście doktor Lisle, który radzi radykalne podejście do swojego zdrowia, co ma też sens, bo jak to nasze matki i babki mawiają: zdrowie ma się jedno. Lisle mówi o oczyszczeniu domu ze wszystkich śmieci, a jeśli ma się w domu opychających się słodyczami domowników: powiedzieć im, żeby jedli je poza domem i nie trzymali niczego w domu. Mówi on nawet o zmianie pracy, jeśli pracujesz ze zdeterminowanymi rozdawaczami pączków.
Chef AJ (znana amerykańska szefowa kuchni, promotorka niskotłuszczowej diety roślinnej) mówi nawet, że zna tylko jedną osobę, której udało się utrzymać dietę mimo toksycznego otoczenia. Reszta prędzej czy później ulegnie pokusie, bo nie można ciągle polegać na samokontroli.
U mnie w domu na szczęście mąż nie je słodyczy, a jeśli już to sam je przygotuje i zaraz zje. Czasem mu kupię precle, za którymi i tak nie przepadam. Moim chyba "oczyszczaniem" środowiska będzie pozbycie się zapasów orzechów i suszonych owoców. Właśnie piekę owocowe ciasto, na które zeszła spora część zapasów rodzynek i daktyl. Problem powoli znika. Zobaczymy czy to pomoże.
To moje drugie święta w Australii. W tym roku przygotowałam barszcz czerwony, pełnoziarniste uszka i kapustę z grochem (coś mega Polskiego i w miarę zdrowego, jeśli pominie się masło). Mój mąż nie obchodzi świąt (w sensie jego obchodzenie dotąd było barbecue i piwo...) więc jemu to obojętne. Nie mamy stołu uginającego się pod dwunastoma sutymi potrawami. Nawet nie umyłam okien, a dom sprzątam tak jak zawsze. Przed kolacją zresztą planuję pobiegać.
Myślę, że to dlatego udało mi się utrzymać "tylko" nadwagę. Mimo wielu wpadek, zawsze wracam do swojej rutyny i dietetycznego jedzenia, bo zupełnie zmieniłam otoczenie. Ważność tego podkreśla wspominiany we wcześniejszym poście doktor Lisle, który radzi radykalne podejście do swojego zdrowia, co ma też sens, bo jak to nasze matki i babki mawiają: zdrowie ma się jedno. Lisle mówi o oczyszczeniu domu ze wszystkich śmieci, a jeśli ma się w domu opychających się słodyczami domowników: powiedzieć im, żeby jedli je poza domem i nie trzymali niczego w domu. Mówi on nawet o zmianie pracy, jeśli pracujesz ze zdeterminowanymi rozdawaczami pączków.
Chef AJ (znana amerykańska szefowa kuchni, promotorka niskotłuszczowej diety roślinnej) mówi nawet, że zna tylko jedną osobę, której udało się utrzymać dietę mimo toksycznego otoczenia. Reszta prędzej czy później ulegnie pokusie, bo nie można ciągle polegać na samokontroli.
U mnie w domu na szczęście mąż nie je słodyczy, a jeśli już to sam je przygotuje i zaraz zje. Czasem mu kupię precle, za którymi i tak nie przepadam. Moim chyba "oczyszczaniem" środowiska będzie pozbycie się zapasów orzechów i suszonych owoców. Właśnie piekę owocowe ciasto, na które zeszła spora część zapasów rodzynek i daktyl. Problem powoli znika. Zobaczymy czy to pomoże.
Jesteśmy tylko ludźmi
Wciąż czuję się doskonale co objawia się u mnie zwiększoną energią, także po posiłku. Dalej nie ciągnie mnie do sklepowych słodyczy, a kiedy mam ochotę na coś słodkiego jem owoce (w tym suszone), albo robię roślinny deser (np. wczoraj na kolację zjadłam ciecierzycowe ciastka, takie sobie w sumie, mało słodkie, chyba potrzebuję więcej czasu by odzwyczaić się od cukru).
Cały czas martwi mnie, że jem dużo za duże porcje i generalnie za dużo kalorii, głównie pewnie przez orzechy i owoce suszone, które wciąż podjadam. Żeby uspokoić głowę, która błaga o wielką ilość żarcia, robię sobie ogromne surówki, które żuję jak krowa na pastwisku przez pół godziny. Co śmieszne, na samą myśl o wielkim obiedzie czuję ekscytację. Uwielbiam surówki, serio.
Najważniejsze żeby cały czas pamiętać, że to nie dieta, tylko styl życia i nie wyścig tylko maraton. Do tego wniosku naprowadził mnie między innymi dr Doug Lisle - autor książki The Pleasure Trap (w tłumaczeniu Pułapka Przyjemności, chyba niedostępna w wersji polskojęzycznej). Wyjaśnia tam jakie czyhają na nas pułapki zdrowego jedzenia, co tak naprawdę rozwijało się już od czasów jaskiniowych. Książkę polecam, ale oprócz niej także śledzenie autora na Youtube. Podczas niedawnego wywiadu mówi żeby dążyć do doskonałości, co niekoniecznie oznacza bycie idealnym. Na pytanie, co zrobić po zjedzeniu czegoś niezdrowego powiedział, że nikt nie musi być perfekcyjny żeby czerpać korzyści zdrowotne z diety roślinnej. Wpadki są, były i będą. Oduczanie się nawyków to długotrwały i złożony proces, a wpadki lepiej traktować jako naukę niż porażkę.
To mnie trochę pocieszyło. Dalej mam też wrażenie, że puchnę, a brzuch mam nabrzmiały jakbym była w ciąży. Trenuję, biegam 5 razy w tygodniu, ale i tak pewnie jem więcej niż potrzebuję, zwłaszcza, że każdy mój posiłek to jedna wielka wigilijna uczta roślinna. Najgorsze jest to, że jem nie tylko ilościowo, ale też "kalorycznie". Przykładowo dziś na śniadanie miałam w planie pudding chia po którym nie byłam usatysfakcjonowana więc zjadłam tosta pełnoziarnistego z namoczonymi daktylami (zamiast masła orzechowego, hurra!). Po przeliczeniu w myślach kalorii doszłam do wniosku, że pudding chia miał po prostu mniej kalorii niż moje wcześniejsze śniadania stąd "miejsce w żołądku" na coś ekstra. Czy to znaczy, że tyle po prostu potrzebuję, czy tyle nauczyłam się jeść?
Żeby zmienić złe nawyki odżywiania (w tym podjadanie) doktor Lisle poleca rzucenie się na głębok wodę i zmianę wszystkiego na raz, bo bardzo często złe nawyki są ze sobą związane (jak palenie papierosów i picie kawy po przebudzeniu). Ja jednak odczuwam ogromny opór, może przez wciąż niezagojone rany po "idealnej" diecie Gacy. Boję się, że jak tylko wejdę na wagę i zacznę liczyć i ograniczać kalorie, objem się i będzie koniec diety, hurraaa dawać te pączki i czekoladki!! Z tego też powodu bliższe jest mi podejście Darren'a Hardy'ego, autora książki "Efekt Kumulacji", gdzie promuje on małe, niemal niezauważalne zmiany nawyków, które z czasem zaczną się kumulować i procentować, a najlepsze: z minimalnym z Twojej strony poczuciem dyskomfortu.
Zgodnie z tą ideą, swój pierwszy miesiąc poświęciłam na wprowadzenie nowej diety, a drugi jest jej utrwaleniem i przyjrzeniem się na spokojnie swoim nawykom żywieniowym (stąd też coraz częściej jęczę, że jem za dużo). W trzecim miesiącu chcę oduczyć się podjadania orzechów i owoców suszonych, które mogą powodować moją nadwyżkę energii. Moim nowym pomysłem jest kupowanie wyznaczonej w przepisie ilości produktów i nie kupowanie "na zapas".
Cały czas martwi mnie, że jem dużo za duże porcje i generalnie za dużo kalorii, głównie pewnie przez orzechy i owoce suszone, które wciąż podjadam. Żeby uspokoić głowę, która błaga o wielką ilość żarcia, robię sobie ogromne surówki, które żuję jak krowa na pastwisku przez pół godziny. Co śmieszne, na samą myśl o wielkim obiedzie czuję ekscytację. Uwielbiam surówki, serio.
Najważniejsze żeby cały czas pamiętać, że to nie dieta, tylko styl życia i nie wyścig tylko maraton. Do tego wniosku naprowadził mnie między innymi dr Doug Lisle - autor książki The Pleasure Trap (w tłumaczeniu Pułapka Przyjemności, chyba niedostępna w wersji polskojęzycznej). Wyjaśnia tam jakie czyhają na nas pułapki zdrowego jedzenia, co tak naprawdę rozwijało się już od czasów jaskiniowych. Książkę polecam, ale oprócz niej także śledzenie autora na Youtube. Podczas niedawnego wywiadu mówi żeby dążyć do doskonałości, co niekoniecznie oznacza bycie idealnym. Na pytanie, co zrobić po zjedzeniu czegoś niezdrowego powiedział, że nikt nie musi być perfekcyjny żeby czerpać korzyści zdrowotne z diety roślinnej. Wpadki są, były i będą. Oduczanie się nawyków to długotrwały i złożony proces, a wpadki lepiej traktować jako naukę niż porażkę.
To mnie trochę pocieszyło. Dalej mam też wrażenie, że puchnę, a brzuch mam nabrzmiały jakbym była w ciąży. Trenuję, biegam 5 razy w tygodniu, ale i tak pewnie jem więcej niż potrzebuję, zwłaszcza, że każdy mój posiłek to jedna wielka wigilijna uczta roślinna. Najgorsze jest to, że jem nie tylko ilościowo, ale też "kalorycznie". Przykładowo dziś na śniadanie miałam w planie pudding chia po którym nie byłam usatysfakcjonowana więc zjadłam tosta pełnoziarnistego z namoczonymi daktylami (zamiast masła orzechowego, hurra!). Po przeliczeniu w myślach kalorii doszłam do wniosku, że pudding chia miał po prostu mniej kalorii niż moje wcześniejsze śniadania stąd "miejsce w żołądku" na coś ekstra. Czy to znaczy, że tyle po prostu potrzebuję, czy tyle nauczyłam się jeść?
Żeby zmienić złe nawyki odżywiania (w tym podjadanie) doktor Lisle poleca rzucenie się na głębok wodę i zmianę wszystkiego na raz, bo bardzo często złe nawyki są ze sobą związane (jak palenie papierosów i picie kawy po przebudzeniu). Ja jednak odczuwam ogromny opór, może przez wciąż niezagojone rany po "idealnej" diecie Gacy. Boję się, że jak tylko wejdę na wagę i zacznę liczyć i ograniczać kalorie, objem się i będzie koniec diety, hurraaa dawać te pączki i czekoladki!! Z tego też powodu bliższe jest mi podejście Darren'a Hardy'ego, autora książki "Efekt Kumulacji", gdzie promuje on małe, niemal niezauważalne zmiany nawyków, które z czasem zaczną się kumulować i procentować, a najlepsze: z minimalnym z Twojej strony poczuciem dyskomfortu.
Zgodnie z tą ideą, swój pierwszy miesiąc poświęciłam na wprowadzenie nowej diety, a drugi jest jej utrwaleniem i przyjrzeniem się na spokojnie swoim nawykom żywieniowym (stąd też coraz częściej jęczę, że jem za dużo). W trzecim miesiącu chcę oduczyć się podjadania orzechów i owoców suszonych, które mogą powodować moją nadwyżkę energii. Moim nowym pomysłem jest kupowanie wyznaczonej w przepisie ilości produktów i nie kupowanie "na zapas".
Tym razem będzie inaczej
Wszem i wobec ogłaszam (zwłaszcza mojemu mężowi, który oprócz bloga, jest jedynym słuchaczem moich jęków) że nie poddaję się.
Musiałam ze sobą poważnie i szczerze porozmawiać. Powiedziałam wewnętrznemu dziecku, że przecież lubię swoje jedzenie i nie zrobiłabym sobie przysługi zamieniając jednorazowo pysznych lodów bananowo-kakaowych na jakieś śmieciowe batony ze stacji benzynowej, czy mojego ostatnio ulubionego dyniowego chili z ciecieżycą na dmuchany chleb tostowy z margaryną i serem. Szczerze też przyznałam, że nie odmawiam sobię orzechów czy suszonych owoców, więc nie ma mowy o nie-wiadomo-jakich restrykcjach. BO ICH NIE MA. Jem obłędnie smaczne jedzenie (chyba, że mi nie wyjdzie), a odżywiając się w czasach kiedy byłam otyła, nawet nie gotowałam, tylko kupowałam sobie na kolację bułkę słodką, jakieś batony i kubełek lodów. Czy takie jedzenie jest serio lepsze od tego co jem teraz? Czy smakowało lepiej? I przede wszystkim: czy czułam się po tym lepiej niż teraz?
OK, może nie schudnę na tej diecie. Może musiałabym wrócić do diety Gaca, albo zrobić jakieś keto dziwactwo żeby schudnąć, co w tym momencie, z moim rozchwianiem, graniczyłoby z cudem. Mimo to, mam całą listę pozytywów po bagatela niecałych dwóch miesiącach diety roślinnej. Mam więcej energii, nie mam bólów menstruacyjnych, mam lepszą skórę na twarzy, mam wrażenie, że moje zmysły się wyostrzyły, no i przede wszystkim: lepiej o sobie myślę.
Skąd więc ten wielki brzuch? Po pierwsze oczywistość: jem za dużo nawet roślinnego jedzenia, co może się poprawić z czasem, jak tylko nasycę się tymi wszystkimi pysznościami. Mi nawet wielka surówka sprawia przyjemność i potrafię zjeść ogromną ilość warzyw, od których przecież się nie tyje, ale po szoku błonnikowym brzuch może nieźle wywalić. Od początku też jem baardzo dużo fasoli, co przecież wzdyma. Czytałam też, że niektórzy w pierwszych miesiącach tyją, albo ich waga stoi, bo organizm musi dostosować się do nowej diety. Ja od razu rzuciłam się na głęboką wodę i zamiast jeść na początku 1 łyżki fasoli dziennie, jem nawet równowartość puszki dziennie (rozłożone w 3 posiłkach, żeby nie było ;)).
Poza tym w Australii zaczęło się lato w pełni, temperatury dochodzą do +40 stopni, przez co może zatrzymywać się woda w organizmie.
Droga mała roślinożerczynio. Jesteś na dobrej drodze. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Zadbam o Ciebie. Będę Cię karmiła smacznymi, wyszukanymi daniami. Koniec z tanim, bezbarwnym żarciem. Postanowiłam, że będę kupowała orzechy i suszone owoce w ilości podanej w przepisie, dzięki czemu nie będę mogła ich bezmyślnie podjadać. W zamian będę kupowała najlepszej jakości produkty, nawet organiczne, a co tam, nie zbankrutuję od tego. Teraz wyobraź sobie to brownie z organicznym kakao i daktylami, a nie jakimiś smętnymi suchymi skwarkami kupowanymi na kilogramy w paczkach.
Tym razem będzie inaczej. Będzie dobrze. Rośliny zrobią swoje.
Musiałam ze sobą poważnie i szczerze porozmawiać. Powiedziałam wewnętrznemu dziecku, że przecież lubię swoje jedzenie i nie zrobiłabym sobie przysługi zamieniając jednorazowo pysznych lodów bananowo-kakaowych na jakieś śmieciowe batony ze stacji benzynowej, czy mojego ostatnio ulubionego dyniowego chili z ciecieżycą na dmuchany chleb tostowy z margaryną i serem. Szczerze też przyznałam, że nie odmawiam sobię orzechów czy suszonych owoców, więc nie ma mowy o nie-wiadomo-jakich restrykcjach. BO ICH NIE MA. Jem obłędnie smaczne jedzenie (chyba, że mi nie wyjdzie), a odżywiając się w czasach kiedy byłam otyła, nawet nie gotowałam, tylko kupowałam sobie na kolację bułkę słodką, jakieś batony i kubełek lodów. Czy takie jedzenie jest serio lepsze od tego co jem teraz? Czy smakowało lepiej? I przede wszystkim: czy czułam się po tym lepiej niż teraz?
OK, może nie schudnę na tej diecie. Może musiałabym wrócić do diety Gaca, albo zrobić jakieś keto dziwactwo żeby schudnąć, co w tym momencie, z moim rozchwianiem, graniczyłoby z cudem. Mimo to, mam całą listę pozytywów po bagatela niecałych dwóch miesiącach diety roślinnej. Mam więcej energii, nie mam bólów menstruacyjnych, mam lepszą skórę na twarzy, mam wrażenie, że moje zmysły się wyostrzyły, no i przede wszystkim: lepiej o sobie myślę.
Skąd więc ten wielki brzuch? Po pierwsze oczywistość: jem za dużo nawet roślinnego jedzenia, co może się poprawić z czasem, jak tylko nasycę się tymi wszystkimi pysznościami. Mi nawet wielka surówka sprawia przyjemność i potrafię zjeść ogromną ilość warzyw, od których przecież się nie tyje, ale po szoku błonnikowym brzuch może nieźle wywalić. Od początku też jem baardzo dużo fasoli, co przecież wzdyma. Czytałam też, że niektórzy w pierwszych miesiącach tyją, albo ich waga stoi, bo organizm musi dostosować się do nowej diety. Ja od razu rzuciłam się na głęboką wodę i zamiast jeść na początku 1 łyżki fasoli dziennie, jem nawet równowartość puszki dziennie (rozłożone w 3 posiłkach, żeby nie było ;)).
Poza tym w Australii zaczęło się lato w pełni, temperatury dochodzą do +40 stopni, przez co może zatrzymywać się woda w organizmie.
Droga mała roślinożerczynio. Jesteś na dobrej drodze. Wszystko będzie dobrze, obiecuję. Zadbam o Ciebie. Będę Cię karmiła smacznymi, wyszukanymi daniami. Koniec z tanim, bezbarwnym żarciem. Postanowiłam, że będę kupowała orzechy i suszone owoce w ilości podanej w przepisie, dzięki czemu nie będę mogła ich bezmyślnie podjadać. W zamian będę kupowała najlepszej jakości produkty, nawet organiczne, a co tam, nie zbankrutuję od tego. Teraz wyobraź sobie to brownie z organicznym kakao i daktylami, a nie jakimiś smętnymi suchymi skwarkami kupowanymi na kilogramy w paczkach.
Tym razem będzie inaczej. Będzie dobrze. Rośliny zrobią swoje.
Mam kryzys
Nie ważę się ani nie mierzę, bo nie chcę się denerwować. Nikt mi jednak nie zabrania patrzenia w lustro. Od kilku dni spoglądam i zamieram. Skąd u mnie wziął się tak wielki brzuchol?! Dlaczego stanik tak mnie uciska? Czuję się jak balon, bałwan i wielka bezkształtna klucha w jednym.
Nie wiem, może jem za dużo, nie zależnie od tego czy jem słodycze, czy nie. Jem do satysfakcji, tylko roślinne jedzenie, a wygląda na to, że tyję mimo biegania i pracy fizycznej. Może faktycznie ze mną jest coś bardzo nie tak, mimo super wyników badań.
Sprawdzam cenę balonów żołądkowych. Może wtedy udałoby mi się raz na zawsze schudnąć bez problemu....
Nie wiem, może jem za dużo, nie zależnie od tego czy jem słodycze, czy nie. Jem do satysfakcji, tylko roślinne jedzenie, a wygląda na to, że tyję mimo biegania i pracy fizycznej. Może faktycznie ze mną jest coś bardzo nie tak, mimo super wyników badań.
Sprawdzam cenę balonów żołądkowych. Może wtedy udałoby mi się raz na zawsze schudnąć bez problemu....
Wycinki z gazet
Kiedy pracuję na popołudniowe zmiany lub mam dzień wolny, mój dzień zaczyna się od pysznego śniadania (dziś batatowe brownie z sosem kakaowym...mało słodkie, ale sycące), potem poranna prasówka i fejsbuk przy herbatce bądź kawce zbożowej, a kiedy już nasycę się wiadomościami i jedzeniem zabieram się za sprzątanie, pranie, gotowanie i bieganie.
Na mój główny, oficjalny mail codziennie dostaję porcję newsletterów polskich i australijskich gazet, a na "spamowy" trafiają newslettery z wegańskich blogów, podcastów i kanałów youtube. Nie od dziś wiadomo, że każdy ma wirtualne filtry nałożone przez informatyczne korporacje dostosowane indywidualnie do naszych przekonań. Przekonania te są odkrywane przez śledzenie historii wyszukiwań, "klików" i "lajków". Dziś przykładowo na ścianę mojego fejsbuka, oprócz reklam ciuszków, klubów fitness, kursów dietetyki i "schudnij 10 kg w miesiąc" trafiła wiadomość, że po raz kolejny udowodniono, że dieta paleo zagraża zdrowiu serca i prowadzi do zawału. Oczywiście kliknęłam i przeczytałam utwierdzając się w przekonaniu, że dieta roślinna jest najlepsza na świecie.
Od czasów studiów nauczyłam się, że do informacji w internecie trzeba podchodzić bardzo ostrożnie, a do nagłówków brzmiących mniej więcej tak: "odkryła sekret szczupłej sylwetki, doktorzy jej nienawidzą" co najmniej z rezerwą. Mimo to, dalej łapię się na chwyty marketingowe i kupię cud pigułkę, która stopi ze mnie tłuszcz. Tak samo mam z kolejnymi wariacjami diety roślinnej. Dziś przykładowo przeczytałam o super diecie żony dr McDougall - słynnego amerykańskiego internisty propagującego dietę niskotłuszczową. Jego żona wymyśliła bardziej restrykcyjną odmianę jego diety składającej się tylko ze skrobii, warzyw i minimalnej ilości owoców.
Z punktu widzenia naszych przodków ma to sens. Jestem Polką, a moi Słowiańscy przodkowie zajadali się głównie ziemniakami harując ciężko w polu. Roślinni doktorzy pomijają jednak nasze mleko (w tym zsiadłe), boczek i smalec, które może i było tylko dodatkiem do diety, ale jakże ważnym! Podobnie sprawa ma się z dietą opartą tylko na ziemniakach i warzywach. Współcześnie otyłe osoby przechodzą na dietę ziemniaczaną mówiąc, że przecież Słowianie żyli w pełnym zdrowiu i sił witalnych jedząc ziemnioki z kapuchą. Czytając jednak książki historyczne dowiaduję się, że Polacy polewali z lubością wszystko tłuszczem zwierzęcym i posypywali skwarkami, a Ci którym gorzej się wiodło i którym zabrakło kawałka boczka byli po prostu...niedożywieni.
Podobnie jest z mieszkańcami tak zwanych stref niebieskich (blue zones), czyli obszarów, gdzie mieszkają ludzie żyjący najdłużej na świecie. Tych stulatków, oprócz picia od czasu do czasu wina i jedzących bardzo małych ilości - ale jednak! - mięsa, od doktorów roślinnych różni małe stresowanie się dietą. Wyobraźcie sobie ich zdziwienie, kiedy Dan Buettner, naukowiec National Geographic, zadawał im pytanie co jedzą na co dzień. W większości były to skrobia z fasolą i warzywami z oliwą z oliwek. Doktorzy weganie uważają, że oliwa z oliwek to przetworzone i mało wartościowe źródło tłuszczu, które warto wyeliminować z diety. Podobnie z winem, które jest trucizną. I weź tu człowieku bądź mądry.
Jesteśmy codziennie zasypywani informacjami, a im więcej tego czytasz tym bardziej informatyczne korporacje będą Cię nimi uszczęśliwiać. Jeśli masz podobny charakter co ja możesz skakać entuzjastycznie z jednej diety w drugą, a w efekcie kręcić się jak pies próbujący złapać swój ogon. Możesz też wybrać jednego boga-weganina i podążać za jego wytycznymi z zamkniętymi oczami bądź próbować sama ułożyć sobie dietę według różnych źródeł.
Ja wybrałam trzecią opcję. Po przeczytaniu artykułu o diecie żony McDougall, która opowiedziała o szczupłych i krewkich Polakach na diecie ziemniaczanej przypomniałam sobie o skwarkach i maślance, a także o tym, że po dwóch tygodniach diety niskotłuszczowej rzucam się na masło orzechowe jak zombi na mózg naukowca. Dr Fuhrman - mój główny bożek-weganin - uważa, że powinnam jeść o jakiś 1 tys. kalorii mniej niż jem, ale po tygodniu takiej diety mam napad głodu, więc wolę jeść aż do przyjemnego uczucia sytości i momentu, kiedy czuję przypływ energii i mogę dalej skakać i latać. Tę sytość czuję po zjedzeniu odpowiedniej ilości tłuszczu - głównie z orzechów. Mogłabym z tym walczyć i być wiernym pobożnym naśladowcą doktora Fuhrmanna, ale...moje ciało mówi co innego.
Podobnie ostrożnie podchodzę do swojego zdrowia psychicznego. Doktorzy weganie często pomijają ten aspekt zarzucając nas nakazami i zakazami w stylu: jedz codziennie grzyby i jagody, maksymalnie garść pestek oraz 1 miseczkę zbóż. Takie wytyczne nie służą mi. Wolę bardziej podejście intuicyjnego jedzenia i zasypywanie siebie nieprzetworzonym jedzeniem bezmięsnym, głównie dlatego, że po zjedzeniu mięsa boli mnie żołądek, a nie - bo bóg weganin tak chciał. Tak samo luźno podchodzę do swojego tygodniowego planowania posiłków. Przykładowo w zeszłym tygodniu odczuwałam większy pociąg do czegoś słodkiego i kalorycznego. W tym tygodniu więc postanowiłam ustalić, że na kolację zjem ciasto marchewkowe, ale kiedy przyszła pora do pieczenia, stwierdziłam, że bardziej mam ochotę na surówkę z lekkim sosem. Według niektórych guru powinnam trzymać się swojego planu choćby nie wiem co, ale chcę podążać za sygnałami swojego organizmu, bo odkryłam, że NAPRAWDĘ mój organizm nie chce jeść samych batonów, chipsów i lodów. Teraz na samą myśl o nutelli robi mi się niedobrze, jednak nie ma co za wcześnie świętować. Wiem, że po zjedzeniu paczki ciastek i chwilowym mdłościom znowu byłabym w pułapce cukrowego haju, z którego musiałabym wychodzić minimum tydzień.
To jest także powodem dla którego nie podążam za radami niektórych guru od zaburzeń odżywiania, które mówią, że lepiej pozwolić sobie na ciastko niż cały dzień odmawiać sobie, usilnie ze sobą walczyć, a potem płakać po zjedzeniu pudełka lodów i całej paczki wafelków. Moja - była już - psychodietetyczka kazała mi dołożyć do codziennego planu diety rządek czekolady, a kiedy odmówiłam zasugerowała, że to objaw zaburzenia. Teraz wiem, że moje napady głodu podczas jej diety nie były spowodowane niezjedzeniem kawałka czekolady, a zwykłym niedoborem kalorii, czyli mówiąc wprost - głodem. Według niej powinnam jeść codziennie tyle-a-tyle kalorii ignorując głód i apetyt. Wiedziałam, że na małym kawałku czekolady się nie skończy, bo wygłodniała rzuciłabym się na całą tabliczkę mówiąc sobie, że jestem chora psychicznie i nic mi nie pomoże.
Od półtora miesiąca skupiam całą swoją uwagę na swoim ciele, głównie żołądku. Już mniej stresuję się poczuciem pełności po posiłku, bo takie coś równie często zdarza się po wielkiej misce surówki jak i pełnowartościowym obiedzie. W efekcie zaczęłam jeść ile chcę, pełne, mało przetworzone wegańskie jedzenie, przestałam liczyć kalorie by się nie stresować i z pasją zaczęłam gotować i piec, a potem jeść aż do poczucia sytości i zadowolenia. Kiedy potykam się (na przykład zjem aż do poczucia nieprzyjemnej ciężkości), przypominam sobie, że w półtora miesiąca nikt nie nauczyłby się biegać maratonu, więc wybaczam sobie, wyciągam wnioski i idę dalej. Gdzieś z tyłu głowy zapamiętuje informacje, że jeśli chcę schudnąć lepiej nie jeść tyle tłuszczu, jednak na razie spokojnie sobie spaceruję. Jeszcze przyjdzie czas na bieg maratonu.
Na mój główny, oficjalny mail codziennie dostaję porcję newsletterów polskich i australijskich gazet, a na "spamowy" trafiają newslettery z wegańskich blogów, podcastów i kanałów youtube. Nie od dziś wiadomo, że każdy ma wirtualne filtry nałożone przez informatyczne korporacje dostosowane indywidualnie do naszych przekonań. Przekonania te są odkrywane przez śledzenie historii wyszukiwań, "klików" i "lajków". Dziś przykładowo na ścianę mojego fejsbuka, oprócz reklam ciuszków, klubów fitness, kursów dietetyki i "schudnij 10 kg w miesiąc" trafiła wiadomość, że po raz kolejny udowodniono, że dieta paleo zagraża zdrowiu serca i prowadzi do zawału. Oczywiście kliknęłam i przeczytałam utwierdzając się w przekonaniu, że dieta roślinna jest najlepsza na świecie.
Od czasów studiów nauczyłam się, że do informacji w internecie trzeba podchodzić bardzo ostrożnie, a do nagłówków brzmiących mniej więcej tak: "odkryła sekret szczupłej sylwetki, doktorzy jej nienawidzą" co najmniej z rezerwą. Mimo to, dalej łapię się na chwyty marketingowe i kupię cud pigułkę, która stopi ze mnie tłuszcz. Tak samo mam z kolejnymi wariacjami diety roślinnej. Dziś przykładowo przeczytałam o super diecie żony dr McDougall - słynnego amerykańskiego internisty propagującego dietę niskotłuszczową. Jego żona wymyśliła bardziej restrykcyjną odmianę jego diety składającej się tylko ze skrobii, warzyw i minimalnej ilości owoców.
Z punktu widzenia naszych przodków ma to sens. Jestem Polką, a moi Słowiańscy przodkowie zajadali się głównie ziemniakami harując ciężko w polu. Roślinni doktorzy pomijają jednak nasze mleko (w tym zsiadłe), boczek i smalec, które może i było tylko dodatkiem do diety, ale jakże ważnym! Podobnie sprawa ma się z dietą opartą tylko na ziemniakach i warzywach. Współcześnie otyłe osoby przechodzą na dietę ziemniaczaną mówiąc, że przecież Słowianie żyli w pełnym zdrowiu i sił witalnych jedząc ziemnioki z kapuchą. Czytając jednak książki historyczne dowiaduję się, że Polacy polewali z lubością wszystko tłuszczem zwierzęcym i posypywali skwarkami, a Ci którym gorzej się wiodło i którym zabrakło kawałka boczka byli po prostu...niedożywieni.
Podobnie jest z mieszkańcami tak zwanych stref niebieskich (blue zones), czyli obszarów, gdzie mieszkają ludzie żyjący najdłużej na świecie. Tych stulatków, oprócz picia od czasu do czasu wina i jedzących bardzo małych ilości - ale jednak! - mięsa, od doktorów roślinnych różni małe stresowanie się dietą. Wyobraźcie sobie ich zdziwienie, kiedy Dan Buettner, naukowiec National Geographic, zadawał im pytanie co jedzą na co dzień. W większości były to skrobia z fasolą i warzywami z oliwą z oliwek. Doktorzy weganie uważają, że oliwa z oliwek to przetworzone i mało wartościowe źródło tłuszczu, które warto wyeliminować z diety. Podobnie z winem, które jest trucizną. I weź tu człowieku bądź mądry.
Jesteśmy codziennie zasypywani informacjami, a im więcej tego czytasz tym bardziej informatyczne korporacje będą Cię nimi uszczęśliwiać. Jeśli masz podobny charakter co ja możesz skakać entuzjastycznie z jednej diety w drugą, a w efekcie kręcić się jak pies próbujący złapać swój ogon. Możesz też wybrać jednego boga-weganina i podążać za jego wytycznymi z zamkniętymi oczami bądź próbować sama ułożyć sobie dietę według różnych źródeł.
Ja wybrałam trzecią opcję. Po przeczytaniu artykułu o diecie żony McDougall, która opowiedziała o szczupłych i krewkich Polakach na diecie ziemniaczanej przypomniałam sobie o skwarkach i maślance, a także o tym, że po dwóch tygodniach diety niskotłuszczowej rzucam się na masło orzechowe jak zombi na mózg naukowca. Dr Fuhrman - mój główny bożek-weganin - uważa, że powinnam jeść o jakiś 1 tys. kalorii mniej niż jem, ale po tygodniu takiej diety mam napad głodu, więc wolę jeść aż do przyjemnego uczucia sytości i momentu, kiedy czuję przypływ energii i mogę dalej skakać i latać. Tę sytość czuję po zjedzeniu odpowiedniej ilości tłuszczu - głównie z orzechów. Mogłabym z tym walczyć i być wiernym pobożnym naśladowcą doktora Fuhrmanna, ale...moje ciało mówi co innego.
Podobnie ostrożnie podchodzę do swojego zdrowia psychicznego. Doktorzy weganie często pomijają ten aspekt zarzucając nas nakazami i zakazami w stylu: jedz codziennie grzyby i jagody, maksymalnie garść pestek oraz 1 miseczkę zbóż. Takie wytyczne nie służą mi. Wolę bardziej podejście intuicyjnego jedzenia i zasypywanie siebie nieprzetworzonym jedzeniem bezmięsnym, głównie dlatego, że po zjedzeniu mięsa boli mnie żołądek, a nie - bo bóg weganin tak chciał. Tak samo luźno podchodzę do swojego tygodniowego planowania posiłków. Przykładowo w zeszłym tygodniu odczuwałam większy pociąg do czegoś słodkiego i kalorycznego. W tym tygodniu więc postanowiłam ustalić, że na kolację zjem ciasto marchewkowe, ale kiedy przyszła pora do pieczenia, stwierdziłam, że bardziej mam ochotę na surówkę z lekkim sosem. Według niektórych guru powinnam trzymać się swojego planu choćby nie wiem co, ale chcę podążać za sygnałami swojego organizmu, bo odkryłam, że NAPRAWDĘ mój organizm nie chce jeść samych batonów, chipsów i lodów. Teraz na samą myśl o nutelli robi mi się niedobrze, jednak nie ma co za wcześnie świętować. Wiem, że po zjedzeniu paczki ciastek i chwilowym mdłościom znowu byłabym w pułapce cukrowego haju, z którego musiałabym wychodzić minimum tydzień.
To jest także powodem dla którego nie podążam za radami niektórych guru od zaburzeń odżywiania, które mówią, że lepiej pozwolić sobie na ciastko niż cały dzień odmawiać sobie, usilnie ze sobą walczyć, a potem płakać po zjedzeniu pudełka lodów i całej paczki wafelków. Moja - była już - psychodietetyczka kazała mi dołożyć do codziennego planu diety rządek czekolady, a kiedy odmówiłam zasugerowała, że to objaw zaburzenia. Teraz wiem, że moje napady głodu podczas jej diety nie były spowodowane niezjedzeniem kawałka czekolady, a zwykłym niedoborem kalorii, czyli mówiąc wprost - głodem. Według niej powinnam jeść codziennie tyle-a-tyle kalorii ignorując głód i apetyt. Wiedziałam, że na małym kawałku czekolady się nie skończy, bo wygłodniała rzuciłabym się na całą tabliczkę mówiąc sobie, że jestem chora psychicznie i nic mi nie pomoże.
Od półtora miesiąca skupiam całą swoją uwagę na swoim ciele, głównie żołądku. Już mniej stresuję się poczuciem pełności po posiłku, bo takie coś równie często zdarza się po wielkiej misce surówki jak i pełnowartościowym obiedzie. W efekcie zaczęłam jeść ile chcę, pełne, mało przetworzone wegańskie jedzenie, przestałam liczyć kalorie by się nie stresować i z pasją zaczęłam gotować i piec, a potem jeść aż do poczucia sytości i zadowolenia. Kiedy potykam się (na przykład zjem aż do poczucia nieprzyjemnej ciężkości), przypominam sobie, że w półtora miesiąca nikt nie nauczyłby się biegać maratonu, więc wybaczam sobie, wyciągam wnioski i idę dalej. Gdzieś z tyłu głowy zapamiętuje informacje, że jeśli chcę schudnąć lepiej nie jeść tyle tłuszczu, jednak na razie spokojnie sobie spaceruję. Jeszcze przyjdzie czas na bieg maratonu.
Dieta to nowoczesna religia
Ludzie mają tendencje do trzymania się razem i rozgraniczania mas na "nas" i "innych". "My" uważamy się za lepszych i walczymy z "innymi" - gorszymi, głupszymi i tymi, którzy nam zagrażają z różnych powodów. Do walk między plemiennych, między różnymi państwami, kulturami, religiami, rasami i tak dalej doszła nowa wojna toczona w bogatej, wykształconej i głównie zachodniej części świata - wojna dietetyczna. Świat ludzi z nieograniczonym dostępem do internetu, sporą ilością czasu do zmarnowania i potrzebą poprawy wyglądu został podzielony na dwie najpopularniejsze diety: weganizm i dietę paleo.
Wyznawcy weganizmu uważają "paleoizm" za barbarzyństwo oraz wyraz najwyższej głupoty i ignorancji. Ze wzajemnością zresztą. Obie współczesne religie wierzą w swoje dogmaty jako te właściwe, rzetelne, logiczne i zgodne z nauką i ludzką naturą. Obie diety mają prowadzić do zdrowia, szczęścia i życia w harmonii ze światem. Jedząc to co nakazują ich główne przykazania możemy spodziewać się niemal natychmiastowego wniebowstąpienia, braku bólu, zastrzyku energii, szczupłej, witalnej sylwetki, lśniących włosów, świetlistych sokolich oczu i długich, mocnych jastrzębich paznokci. Wszystko to oczywiście bez wysiłku i wyrzeczeń. Wystarczy przestrzegać główne przykazania aby żyć w stanie wiecznej szczęśliwości.
My - weganie - patrząc na opychających się mięsem i popijających rosołem paleo wyznawców żegnamy się i stawiamy im krzyżyk na drogę przepowiadając grobowym głosem ich rychłą śmierć z powodu ataku serca w wieku 40 lat. Paleo-wyznawcy robią to samo mówiąc, że chudzi (oprócz pewnej Roślinożerczyni z nadwagą ;)) weganie zagłodzą się na śmierć z powodu niedoboru białka i niezbędnych kwasów tłuszczowych.
Diety zostały podzielone na różne odłamy i herezje, które próbują siebie wytępić albo przekonać do swojej jedynej racji. Weganie dziś to wysokowęglowodanowcy i jedzących tłuszcz roślinny, etyczni, weganie bez oleiści, weganie roślinni, bezgluenowi, bezcukrowi, bezmączni, bezkofeinowi, weganie jedzący surowe rośliny przez cały dzień, albo tylko do godziny 16 (albo innej) i tak dalej i tak dalej. Każde z odłamów ma swoje bóstwa-lekarzy, którzy przekazują swym prorokom-blogerom i youtuberom wyniki swych badań, a to wszystko jest promowane przez guru-instagramowych influencerów i influencerki. Wyznawcy czytają nowe książki bóstw-lekarzy z nabożną i bezkrytyczną czcią, a nowe posty proroków z gorliwą pobożnością.
Weganie gromadzą się w świątyniach - kuchniach gdzie w ciszy lub przy muzyce ambient można pomedytować z kubkiem herbaty matcha nad słoikiem z nasionami chia bądź jagodami goji, co - według naszych bogów przywołanych przez blogowych błogosławionych proroków - prowadzi do obniżenia ciśnienia i poziomu kortyzolu we krwi. W kuchnio-świątyniach odbywają się trzy razy dziennie nabożeństwa podczas których kapłan-kucharz karmi swe baranki ciałem-boga: organicznym jarmużem z kosmosą ryżową, batatami i kurkumą popijając krew-boga: kombuchę. Po posiłku wszyscy w poczuciu najwyższego nasycenia wszystkimi niezbędnymi makro- i mikroelementami rozprawiają na temat swego oświecenia, życia w pokoju i przyczynienia się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
W tym świecie pełnym pokoju i braku przemocy oraz wolności hodowlanych zwierząt wciąż jednak niektórzy zmagają się z grzechem i osamotnieniem żyjąc w poczuciu porażki i niechybnego potępienia przez skalanie swego ciała pączkiem albo - nie daj boże - jogurtem greckim, przez które codziennie cierpią nieskończone ilości krów mlecznych. Grzechy swe wyznają ze łzami w oczach w konfesjonałach - forach internetowych albo fejsbukowych grupach, gdzie inni wspomagają zbłąkane dusze polecając głodówkę oczyszczającą lub chociaż przerywany post. W końcu sam nasz pan bóg doktor weganin przekazał swą oświeconą mądrość naszym prorokom mówiąc: zaprawdę pijcie wodę tylko przez minimum trzy dni a umysł wasz i kubki wasze smakowe zostaną oczyszczone ze złych myśli i złych uczynków...
W między czasie w pewnej niedużej australijskiej mieścinie żyje pewna polska emigrantka - wyznawczyni diety roślinnej, która - podobnie jak dwa tysiące lat temu pierwsi chrześcijanie - jest otoczona przez barbarzyńców żyjących w grzechu i niezgodnej z jej poglądami wiarą w diety mcDonalds i Domino's pizza. Ku jej przerażeniu, barbarzyńcy ci składają co niedziela ofiarę nabożną z baraniny na grillu zalewanej piwem. Emigrantka odmówiła uczestnictwa w tych doprowadzających ją do konwulsji praktykach, barbarzyńcy więc uznali ją za wariatkę obżerającą się trawą. Tak, są jeszcze na świecie takie miejsca, gdzie weganów, a nawet paleo wariatów ze świecą szukać...
Któregoś dnia, obok niej w pracy, usiadła przyjazna dusza z szokującą w tym pogańskim świecie miseczką owoców i garścią orzechów na lunch. Nieśmiało zauważyła też butelkę wody i ekologiczny kubek na herbatę ziołową.
- Czyżby bratnia dusza? - pomyślała emigrantka zagadując płochliwie na temat ekologicznego kubka, który okazał się znakiem rozpoznawczym osób świadomych zdrowego stylu życia jak niegdyś ryba dla chrześcijan. Po krótkiej wymianie zdań prawda wyszła na jaw. Dusza okazała się bratnią, a nawet...wegańską. W końcu wśród tlumu barbarzyńców szydzących z niej podczas lunchu i wytykających palcami ogromne ilości szpinaku z jarmużem emigrantka ma w kimś wsparcie. Życie stało się teraz odrobinę mniej ciężkie...
Wyznawcy weganizmu uważają "paleoizm" za barbarzyństwo oraz wyraz najwyższej głupoty i ignorancji. Ze wzajemnością zresztą. Obie współczesne religie wierzą w swoje dogmaty jako te właściwe, rzetelne, logiczne i zgodne z nauką i ludzką naturą. Obie diety mają prowadzić do zdrowia, szczęścia i życia w harmonii ze światem. Jedząc to co nakazują ich główne przykazania możemy spodziewać się niemal natychmiastowego wniebowstąpienia, braku bólu, zastrzyku energii, szczupłej, witalnej sylwetki, lśniących włosów, świetlistych sokolich oczu i długich, mocnych jastrzębich paznokci. Wszystko to oczywiście bez wysiłku i wyrzeczeń. Wystarczy przestrzegać główne przykazania aby żyć w stanie wiecznej szczęśliwości.
My - weganie - patrząc na opychających się mięsem i popijających rosołem paleo wyznawców żegnamy się i stawiamy im krzyżyk na drogę przepowiadając grobowym głosem ich rychłą śmierć z powodu ataku serca w wieku 40 lat. Paleo-wyznawcy robią to samo mówiąc, że chudzi (oprócz pewnej Roślinożerczyni z nadwagą ;)) weganie zagłodzą się na śmierć z powodu niedoboru białka i niezbędnych kwasów tłuszczowych.
Diety zostały podzielone na różne odłamy i herezje, które próbują siebie wytępić albo przekonać do swojej jedynej racji. Weganie dziś to wysokowęglowodanowcy i jedzących tłuszcz roślinny, etyczni, weganie bez oleiści, weganie roślinni, bezgluenowi, bezcukrowi, bezmączni, bezkofeinowi, weganie jedzący surowe rośliny przez cały dzień, albo tylko do godziny 16 (albo innej) i tak dalej i tak dalej. Każde z odłamów ma swoje bóstwa-lekarzy, którzy przekazują swym prorokom-blogerom i youtuberom wyniki swych badań, a to wszystko jest promowane przez guru-instagramowych influencerów i influencerki. Wyznawcy czytają nowe książki bóstw-lekarzy z nabożną i bezkrytyczną czcią, a nowe posty proroków z gorliwą pobożnością.
Weganie gromadzą się w świątyniach - kuchniach gdzie w ciszy lub przy muzyce ambient można pomedytować z kubkiem herbaty matcha nad słoikiem z nasionami chia bądź jagodami goji, co - według naszych bogów przywołanych przez blogowych błogosławionych proroków - prowadzi do obniżenia ciśnienia i poziomu kortyzolu we krwi. W kuchnio-świątyniach odbywają się trzy razy dziennie nabożeństwa podczas których kapłan-kucharz karmi swe baranki ciałem-boga: organicznym jarmużem z kosmosą ryżową, batatami i kurkumą popijając krew-boga: kombuchę. Po posiłku wszyscy w poczuciu najwyższego nasycenia wszystkimi niezbędnymi makro- i mikroelementami rozprawiają na temat swego oświecenia, życia w pokoju i przyczynienia się do ograniczenia emisji dwutlenku węgla.
W tym świecie pełnym pokoju i braku przemocy oraz wolności hodowlanych zwierząt wciąż jednak niektórzy zmagają się z grzechem i osamotnieniem żyjąc w poczuciu porażki i niechybnego potępienia przez skalanie swego ciała pączkiem albo - nie daj boże - jogurtem greckim, przez które codziennie cierpią nieskończone ilości krów mlecznych. Grzechy swe wyznają ze łzami w oczach w konfesjonałach - forach internetowych albo fejsbukowych grupach, gdzie inni wspomagają zbłąkane dusze polecając głodówkę oczyszczającą lub chociaż przerywany post. W końcu sam nasz pan bóg doktor weganin przekazał swą oświeconą mądrość naszym prorokom mówiąc: zaprawdę pijcie wodę tylko przez minimum trzy dni a umysł wasz i kubki wasze smakowe zostaną oczyszczone ze złych myśli i złych uczynków...
W między czasie w pewnej niedużej australijskiej mieścinie żyje pewna polska emigrantka - wyznawczyni diety roślinnej, która - podobnie jak dwa tysiące lat temu pierwsi chrześcijanie - jest otoczona przez barbarzyńców żyjących w grzechu i niezgodnej z jej poglądami wiarą w diety mcDonalds i Domino's pizza. Ku jej przerażeniu, barbarzyńcy ci składają co niedziela ofiarę nabożną z baraniny na grillu zalewanej piwem. Emigrantka odmówiła uczestnictwa w tych doprowadzających ją do konwulsji praktykach, barbarzyńcy więc uznali ją za wariatkę obżerającą się trawą. Tak, są jeszcze na świecie takie miejsca, gdzie weganów, a nawet paleo wariatów ze świecą szukać...
Któregoś dnia, obok niej w pracy, usiadła przyjazna dusza z szokującą w tym pogańskim świecie miseczką owoców i garścią orzechów na lunch. Nieśmiało zauważyła też butelkę wody i ekologiczny kubek na herbatę ziołową.
- Czyżby bratnia dusza? - pomyślała emigrantka zagadując płochliwie na temat ekologicznego kubka, który okazał się znakiem rozpoznawczym osób świadomych zdrowego stylu życia jak niegdyś ryba dla chrześcijan. Po krótkiej wymianie zdań prawda wyszła na jaw. Dusza okazała się bratnią, a nawet...wegańską. W końcu wśród tlumu barbarzyńców szydzących z niej podczas lunchu i wytykających palcami ogromne ilości szpinaku z jarmużem emigrantka ma w kimś wsparcie. Życie stało się teraz odrobinę mniej ciężkie...
Hakowanie umysłu
Co jakiś czas oglądam vlogi i czytam blogi osób, które z sukcesem pozbyły się nadwagi na diecie roślinnej. Często powtarzają, że żałują, że nie wiedziały czegoś tam ileś tam lat temu, bo to by im pozwoliło zaoszczędzić kupę czasu i nerwów. Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać - co bym powiedziała sobie - 17 letniej zahukanej nastolatce, która po raz pierwszy schudła do prawidłowej wagi?
Mam z tym pytaniem pewien problem. Niedługo stuknie mi trzydziestka-dwójka, więc mogę powiedzieć, że już siebie trochę znam. Wiem na przykład, że mało których rad słucham i najlepiej utrwalam wnioski, do których sama dochodzę. Mogłabym sobie powiedzieć, że na diecie 500 kalorii daleko nie zajdę i zaraz wszystko mi wróci, ale...już chyba wtedy o tym wiedziałam z gazet. Myślałam, że jestem mądrzejsza od tych, którzy nie potrafią siebie kontrolować i że jakimś cudem przemówię do swojego rozsądku. Dziś wiem, że rozsądek w tym momencie jest wyłączony, a do głosu dochodzi pierwotny instynkt dążący do przetrwania. To tak jakbym próbowała siłą woli wstrzymać oddech na 10 minut.
Dziś też wiem, że dobrze jest znać swoją osobowość i temperament. Zamiast walczyć z przywarami, próbuję je "oswoić". Jedną z moich cech jest wysoka otwartość na doświadczenie (jedno z tak zwanej Wielkiej Piątki czyli pięcioczynnikowego modelu osobowości). Co to oznacza w praktyce? Że lubię eksperymentować, szybko się nudzę i ciągle mam ochotę zmieniać dietę, co oczywiście powoduje pewne komplikacje. Do tego jestem mało sumienna, więc mamy przepis na totalną katastrofę. Zamiast jednak załamywać ręce i poddać się płacząc z powodu okropnej osobowości albo - jeszcze gorzej - próbować ją zmieniać (osobowość ciężko jest samemu zmienić, chociaż - co ciekawe - ona sama ulega zmianie wraz z wiekiem) - można tę wiedzę wykorzystać i dostosować się do niej. W moim przypadku to eksperymentowanie w kuchni w ramach diety roślinnej. mam już z 500 przepisów, które ciągle próbuję, łącznie z deserami, których do tej pory sobie zabraniałam.
Mam wrażenie, że trochę sobie odpuściłam. Mam mniejsze wyrzuty sumienia, kiedy zjem coś nadprogramowo mówiąc sobie, że dziś mój organizm potrzebuje więcej energii. Zaczęłam bardziej ufać sobie. Wiem, że po upieczeniu blachy brownie nie zjem je w całości, a nawet jeśli to potem będę przez cały dzień i połowę kolejnego pełna jak bąk i niczego nie tknę. Wiem, że nawet po tostach z masłem orzechowym nie rzucę się jak głupia na jedzenie i przytyję, tylko będę czuła dłużej sytość.
Nie jestem jednak całkiem pewna siebie. Obiecałam sobie, że nie będę się ważyć ani mierzyć. Jeszcze nie czuję się w 100% na siłach żeby przyjąć na klatę, że nic, albo prawie nic nie schudłam, chociaż widzę w lustrze, że wyglądam i czuję się podobnie jak sprzed wyjazdu do Polski. W moim miasteczku siłownia proponuje mierzenie super wagą, z której ponoć korzystała NASA. Jeszcze miesiąc temu bez wahania rzuciłabym się na to, ale teraz wiem, że te cyfry mogłyby mi tylko zaszkodzić. Jeśli na przykład okaże się, że ważę mniej niż myślałam - zjem sobie coś więcej, bo dieta działa. Jeśli zaś zobaczę na wadze więcej - zjem więcej, bo dieta nie działa. Najważniejsze to jest być ze sobą szczerym. Myślę, że dokładny dziennik diety (może nie samego jedzenia, ale samopoczucia) daje mi większą kontrolę nad tym co się dzieje w mojej diecie. Szczerze też zapisuje jakie "haki umysłowe" na mnie nie działają - na przykład mycie zębów po posiłku. Nie wiem czemu, ale zawsze znajdę wymówkę - a to kawka/ herbatka, a to nie ma potrzeby...i co z tego, że samo umycie zębów działa bez zarzutu? Za każdym razem nie zjem potem nawet małego rodzynka. Trzeba być zawsze ze sobą szczerym. (a i jakby co - myję rano i wieczorem, żeby nie było, hehe).
Dopiero minął miesiąc, więc nie chcę zbyt pochopnie wysuwać wniosków, ale moje napady obżarstwa mogły być spowodowane między innymi wyrzutami sumienia i poczuciem, że jestem porażką. Im bardziej ufam sobie i swojemu organizmowi tym jestem pewniejsza siebie i szczęśliwsza.
Mam z tym pytaniem pewien problem. Niedługo stuknie mi trzydziestka-dwójka, więc mogę powiedzieć, że już siebie trochę znam. Wiem na przykład, że mało których rad słucham i najlepiej utrwalam wnioski, do których sama dochodzę. Mogłabym sobie powiedzieć, że na diecie 500 kalorii daleko nie zajdę i zaraz wszystko mi wróci, ale...już chyba wtedy o tym wiedziałam z gazet. Myślałam, że jestem mądrzejsza od tych, którzy nie potrafią siebie kontrolować i że jakimś cudem przemówię do swojego rozsądku. Dziś wiem, że rozsądek w tym momencie jest wyłączony, a do głosu dochodzi pierwotny instynkt dążący do przetrwania. To tak jakbym próbowała siłą woli wstrzymać oddech na 10 minut.
Dziś też wiem, że dobrze jest znać swoją osobowość i temperament. Zamiast walczyć z przywarami, próbuję je "oswoić". Jedną z moich cech jest wysoka otwartość na doświadczenie (jedno z tak zwanej Wielkiej Piątki czyli pięcioczynnikowego modelu osobowości). Co to oznacza w praktyce? Że lubię eksperymentować, szybko się nudzę i ciągle mam ochotę zmieniać dietę, co oczywiście powoduje pewne komplikacje. Do tego jestem mało sumienna, więc mamy przepis na totalną katastrofę. Zamiast jednak załamywać ręce i poddać się płacząc z powodu okropnej osobowości albo - jeszcze gorzej - próbować ją zmieniać (osobowość ciężko jest samemu zmienić, chociaż - co ciekawe - ona sama ulega zmianie wraz z wiekiem) - można tę wiedzę wykorzystać i dostosować się do niej. W moim przypadku to eksperymentowanie w kuchni w ramach diety roślinnej. mam już z 500 przepisów, które ciągle próbuję, łącznie z deserami, których do tej pory sobie zabraniałam.
Mam wrażenie, że trochę sobie odpuściłam. Mam mniejsze wyrzuty sumienia, kiedy zjem coś nadprogramowo mówiąc sobie, że dziś mój organizm potrzebuje więcej energii. Zaczęłam bardziej ufać sobie. Wiem, że po upieczeniu blachy brownie nie zjem je w całości, a nawet jeśli to potem będę przez cały dzień i połowę kolejnego pełna jak bąk i niczego nie tknę. Wiem, że nawet po tostach z masłem orzechowym nie rzucę się jak głupia na jedzenie i przytyję, tylko będę czuła dłużej sytość.
Nie jestem jednak całkiem pewna siebie. Obiecałam sobie, że nie będę się ważyć ani mierzyć. Jeszcze nie czuję się w 100% na siłach żeby przyjąć na klatę, że nic, albo prawie nic nie schudłam, chociaż widzę w lustrze, że wyglądam i czuję się podobnie jak sprzed wyjazdu do Polski. W moim miasteczku siłownia proponuje mierzenie super wagą, z której ponoć korzystała NASA. Jeszcze miesiąc temu bez wahania rzuciłabym się na to, ale teraz wiem, że te cyfry mogłyby mi tylko zaszkodzić. Jeśli na przykład okaże się, że ważę mniej niż myślałam - zjem sobie coś więcej, bo dieta działa. Jeśli zaś zobaczę na wadze więcej - zjem więcej, bo dieta nie działa. Najważniejsze to jest być ze sobą szczerym. Myślę, że dokładny dziennik diety (może nie samego jedzenia, ale samopoczucia) daje mi większą kontrolę nad tym co się dzieje w mojej diecie. Szczerze też zapisuje jakie "haki umysłowe" na mnie nie działają - na przykład mycie zębów po posiłku. Nie wiem czemu, ale zawsze znajdę wymówkę - a to kawka/ herbatka, a to nie ma potrzeby...i co z tego, że samo umycie zębów działa bez zarzutu? Za każdym razem nie zjem potem nawet małego rodzynka. Trzeba być zawsze ze sobą szczerym. (a i jakby co - myję rano i wieczorem, żeby nie było, hehe).
Dopiero minął miesiąc, więc nie chcę zbyt pochopnie wysuwać wniosków, ale moje napady obżarstwa mogły być spowodowane między innymi wyrzutami sumienia i poczuciem, że jestem porażką. Im bardziej ufam sobie i swojemu organizmowi tym jestem pewniejsza siebie i szczęśliwsza.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Ciężko jest odpuścić
Dieta ziemniaczana dalej mnie kusi. Nie wiem czemu ciągnie mnie do takich ekstremalnych rozwiązań. Może to moje ego, a może to moja wewnętrz...
-
No tak. Wróciłam do tego samego miejsca co kilka miesięcy temu, a dokładnie, doszłam do wniosku, że to nie moment na dietę odchudzającą. W...
-
Dieta ziemniaczana dalej mnie kusi. Nie wiem czemu ciągnie mnie do takich ekstremalnych rozwiązań. Może to moje ego, a może to moja wewnętrz...












